Idą ławą

Karol Jedliński
opublikowano: 30-03-2007, 00:00

Siedzi projektant przy maszynie. Młody, z Polski. I wymyśla niebanalne projekty dla pewnej fundacji.

Nie ma drzwi, nie ma barier. Się idzie i nagle się jest. Sklep Young Polish Designers Foundation (YPDF) zawłaszczył część pasażu handlowego w warszawskiej Promenadzie. Powstał, by ułatwić naszym projektantom rozpychanie się na rynku. I pod chwytliwym szyldem promować polskie spojrzenie na modę. Kogo? Bardziej znanych (jak Maciej Zień) i tych dopiero na starcie (jak Katarzyna Rass).

— Celujemy w Poznań, Kraków, mieliśmy już rozmowy na temat własnych sklepów w Hanowerze i Chicago — zaznacza Wojtek Witczak, menedżer YPDF.

A za wszystkim stoi Dion L. J. Heijmans, holenderski biznesmen, prezes fundacji, ale także European Construction Consortium, właściciela CH Promenada. Pół roku temu stworzył pierwszy w Polsce projekt dla grona designerów.

Ponad pięćdziesiątka projektantów sprzedaje swe kolekcje na 300 mkw. salonu YPDF. Już za kilkaset złotych da się znaleźć coś, co najpewniej będzie jedyne w swoim rodzaju. Rzeczy autorstwa choćby Marty Ruty, Grzegorza Kasperskiego czy Dawida Wolińskiego... Może i ten cały YPDF to czysty snobizm? Nawet jeśli — to w erze sieciowych sklepów z ładną chińszczyzną za 100 zł jak najbardziej wybaczalny.

Dawid Woliński: Krawiec od przymiotników

Końcówka nazwiska pomaga mu w Hollywood. Miał być lekarzem, a ubiera kobiety żądne bezpretensjonalnej kobiecości.

Kilkanaście dni temu Dawidowi Wolińskiemu stuknęła trzydziestka. W branży mówi się więc o nim już nie tylko „młody”, ale też „znany” czy „doświadczony”. Nazwisko już ma. Przez ostatnie kilka lat intensywnie pracował, by kojarzyło się z pierwszorzędnymi kolekcjami dla kobiet. Wieszaki warszawskiego sklepu YPDF to dla niego okazja, by proponować klientom ubrania pret-a-porter.

— To dla mnie sprzedaż masowa, dlatego że w pozostałych miejscach można spotkać tylko pojedyncze sztuki — zaznacza Dawid Woliński.

Te „pozostałe miejsca” to na przykład dwa butiki w Los Angeles, gdzie aż się roi od gwiazd Hollywood. W Maxfieldzie i Tracey Ross sprzedaje wyjątkowo ekskluzywne projekty, które sąsiadują nierzadko z metkami w stylu Gucci czy Armani. Skandalistka Paris Hilton czy Nicole, córka Lionela Ritchiego, wybrały jednak Wolińskiego.

— Za granicą nazwisko japońskie albo właśnie z końcówką „ski” ma przebicie. Intryguje — przyznaje projektant.

W Polsce hasło „celebrities” wywołuje długą listę klientek Dawida Wolińskiego — od Grażyn: Szapołowskiej i Torbickiej po Michelle Rodriguez, amerykańską gwiazdę telewizji. Teraz w jego pracowni-domu na Mokotowie powstaje kreacja na ślub Magdaleny Mielcarz. Suknia aż prosi się o przymiotniki w stylu: efektowna, kremowa, ogromna. Unikatowa. A pomyśleć, że matka namawiała go na medycynę. W końcu rodzice „zasponsorowali” mu pierwszy pokaz.

— Ludzie mówią, że moje sukienki nie epatują seksem, ale kobiecością. Chętnie szyłbym i dla mężczyzn, ale nie mam czasu — przyznaje Dawid Woliński.

Do maszyn nie siada, bo to go nudzi. Woli kreować, zrzucać pęta utartych krawieckich ścieżek. Znak rozpoznawczy: dwa podstawowe modele sukienek — obcisłe, w darte paski i te odcinane pod biustem, urzekające zwiewnością szyfonu.

— Widziałem już sporo rzeczy nawiązujących do mojego stylu — podkreśla Dawid Woliński.

Ale — wzorem malarzy — nie bardzo się tym martwi. Bo przecież kopiuje się zwykle mistrzów. A i sam wieczorami maluje. No i szuka wyzwań, poważnie się zastanawia, czy otworzyć drugą pracownię w którymś z europejskich miast. Ku zmartwieniu rzeszy pięknych i zamożnych Polek, obecny faworyt to nie Kraków czy Poznań, lecz Rzym.

Grzegorz Kasperski: Suknia do dywanów

Jego zdaniem, piękno kobiety trzeba podkreślać, a nie maskować. Nawet za cenę małego skandalu.

Tworzy i szyje tylko dla kobiet. Lekkie materiały — np. aksamity. Sukienki potrafią i kilka ładnych tysięcy kosztować. Ale na wieszakach długo nie zabawią. Grzegorz Kasperski, rocznik ‘76, więc podobno w najlepszym wieku dla projektantów. Ubiera Agnieszkę Włodarczyk czy Magdę Mołek — replika jej chabrowej sukienki wisi w sklepie YPDF. Na specjalne okazje w pracowni Kasperskiego powstają też kreacje — choćby dla Edyty Górniak czy Dody. A recepta na wszystko jest, wydawałoby się, banalnie prosta.

— Klientki lubią moje rzeczy, bo się czują w nich po prostu kobieco — uważa projektant.

Dla niego moda to rzeczy właśnie bardzo kobiece, eleganckie, podkreślające, upiększające ciało. Coś tam się musi dziać, gra więc barwą. Takie kolekcje nierzadko mają w sobie wyraźną nutkę gwiazdorstwa, blasku, a nawet skandalu. W żadnym razie — minimalistyczne, suche, bezpłciowe.

Ubrała się jak do trzepania dywanów — tak napisał „Fakt” o kreacji Anny Muchy, prowadzącej zeszłoroczny Festiwal Filmów Fabularnych w Gdyni. Czarna wieczorowa suknia, rozmiar 38, odsłaniająca co najmniej plecy, była największym wydarzeniem imprezy. Strój zaprojektował Kasperski.

— W tym wypadku dzieło przebiło w swej sławie autora — śmieje się projektant.

Na pociechę pozostało, że w licytacji na cele charytatywne suknia poszła za ponad 6 tys. zł. Dotychczas Kasperski sprzedawał głównie przez pocztę pantoflową, u siebie w pracowni. Albo po pokazach, jak ten w Wiedniu kilka lat temu, gdzie był specjalnym gościem.

— Widzę szansę polskiej mody za granicą. Wyróżnia się. Na przykład Niemki i Austriaczki doceniają nasze projekty za ich francuski akcent z polskim szlifem. Nieprzekombinowane, ale też nie w stylu mundurowym — zaznacza Grzegorz Kasperski.

Szyje od dzieciństwa, bo ojciec był krawcem. O projektowaniu tylko marzył. Do czasu, kiedy ktoś na fotografiach pokazujących jego umiejętności charakteryzatorskie zainteresował się nie makijażem, ale kieckami. No i poszło… Co na ten sezon?

— Wchodzi trochę elementów sportowych, są i krótkie sukienki w stylu baby doll z podwyższoną talią — sumuje.

Do tego coś, co lubi, czyli mieszanki mocnych kolorów: fioletu, czerwieni i różu. Odważne dosładzanie kobiecego piękna.

Marta Ruta: Fikuśnie na głowie

Rogate dusze dobrze się czują pod kapeluszem. Choćby z pawich piór.

Przede wszystkim kapelusze. Niebanalne, przewidywalne, obojętne. Ale na tym nie koniec. Metkę sygnowaną „MR” mają kaszkiety, mycki, meloniki, toczki czy pinezki. Czyli prawie wszystko, co można sobie wymarzyć na głowę.

— Każdy jest inny, bo ja tu nie mam fabryki. Hand made, jakieś kilkaset sztuk rocznie — tłumaczy Marta Ruta, która nakrycia głowy szyje od 14 lat.

Jej główna siedziba to salon i pracownia w jednym przy ul. Czerwonego Krzyża na warszawskim Solcu. Ten adres znają m.in. Katarzyna Figura, Agnieszka Grochowska czy Krystyna Tkacz. Nakrycia głowy z pracowni Marty Ruty „grają” w filmach i teatrze.

— Coraz częściej przychodzą też do mnie całkiem młodzi mężczyźni. A ci mają sprecyzowane gusta. Kiedyś zakochali się w konkretnym modelu i teraz chcą mieć to samo — zaznacza projektantka.

Sklep YPDF to dla Marty Ruty możliwość trafienia do klienta inną drogą. W sklepie-pracowni na Powiślu wnętrze jest nastawione na szukających indywidualnych projektów. W Promenadzie gotowe kapelusze i czapki sąsiadują z kolekcjami za tysiące złotych. Na Solcu jest za to maszyna do szycia i nieskończone jeszcze projekty.

Marta Ruta już w dzieciństwie obcinała lalkom grzywki. Gdy podrosła, zauważyła lukę na rynku. I dziś jest marka Marta Ruta. Ceny: 90-700 zł. Zdarzył się i indywidualny projekt za 1500 zł.

— Był też kapelusz w całości wyszywany piórami z pękiem pawich piór, czyli minimum tydzień pracy nad jednym projektem — opowiada Marta Ruta.

By lubić nakrycia głowy, trzeba mieć trochę rogatą duszę — mówi. Takich „oryginałów” jest coraz więcej. „Nie” dla unifikacji. Na najwyższej półce postawiła więc różową pinezkę, wyszywaną kryształkami. Odlot.

— Czekam na przebojową klientkę, mającą odwagę wyskoczyć w czymś takim w południe na miasto — śmieje się projektantka.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Karol Jedliński

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu