Igrzyska bliższe niż wypiek chleba

opublikowano: 17-02-2014, 00:00

Olimpiada a polityka

Ze względu na sondażową pozycję Prawa i Sprawiedliwości, program partii zaprezentowany podczas sobotniego konwentyklu powinien zostać przez społeczeństwo dokładnie przeanalizowany. I stopniowo tak się stanie, w szczególności rozbiorowi podlegać będą pomysły gospodarcze. Na razie z konkretów zapamiętaliśmy generalne przesłanie prezesa Jarosława Kaczyńskiego „dość systemu premiera Donalda Tuska”. Termin prezentacji programu został precyzyjnie wycelowany w studniówkę przed wyborami do Parlamentu Europejskiego, ale wypadł dla PiS pechowo — wszystko zostało wizerunkowo przykryte przez igrzyska w Soczi!

Zobacz więcej

FOT. RGB Stock

Akurat w tych dniach łaknącym złota zjednoczonym Polakom bardziej odpowiada ekecheiria, czyli święty pokój olimpijski. Z dwóch członów starożytnego hasła „chleba i igrzysk” chwilowo bardziej interesuje opinię publiczną ten drugi. W tych okolicznościach spryciarz Donald Tusk w swoim stylu zneutralizował rywala — pokazał się kiedy trzeba z góralami, publicznie powzruszał i roztoczył inwestycyjne miraże...

Ogólny wizerunek zimowych igrzysk na ich półmetku radykalnie się w Polsce zmienił w stosunku do początku. Punktowanie organizacyjnych wpadek rosyjskich gospodarzy odeszło w cień, ustępując triumfalnemu słońcu. Poza tym mamy w Soczi jakiś wyjątkowy narodowy fart. Przez lata utarło się, że gdy jakiemuś sportowcowi gdzieś zabrakło ułamków sekundy czy milimetrów — to właśnie Polakowi.

Tymczasem w rosyjskim kurorcie karta się odwróciła. Panczenista Zbigniew Bródka wygrał o 0,003 sek., co jest dokładnością pomiaru przesadną, wręcz odhumanizowaną — znacznie bardziej fair jest utrzymanie przez federację narciarską pomiaru do 0,01 sek. i przyznanie w zjeździe kobiet dwóch złotych medali ex aequo.

Tym razem na wierzchu było nasze, ale wyobraźmy sobie to zbiorowe narodowe przekleństwo, gdyby 0,003 sek. przeważyły na korzyść Holendra… Innym przypadkiem jest drugie złoto Kamila Stocha, który w sobotę pokonał Japończyka o 1,3 pkt., ale: odległościowo przegrał o 1,8 pkt., nadrobił stylem 2,0 pkt., złoto zaś potwierdził mu dopiero wszechwładny wiatr, akurat korzystniejszy dla Polaka o 1,1 pkt.

Wektorami na sąsiedniej stronie upamiętniamy obu triumfatorów z soboty. Ale wracam jeszcze do czwartku, gdy zdobyliśmy złoty medal w narciarskim biegu. Nieprzypadkowo kładę akcent na zbiorowe „śmy”, bo gdyby Justyna Kowalczyk zawiodła — to oczywiście byłaby osamotnioną i krytykowaną „oną”. Na szczęście na 10 km klasykiem pokazała, że bariery nie istnieją i wygrywając ze złamaną kością stopy przeszła do szczególnej elity wszech czasów polskiego sportu.

Na liście naszych złotych medali (64 letnie i już 6 zimowych) podobne triumfy da się policzyć na palcach ręki — Janusz Kusociński biegł w Los Angeles 1932 z krwistymi bąblami na stopach, bokser Marian Kasprzyk wygrał w Tokio 1964 z kciukiem złamanym w pierwszej minucie finału, trójskoczek Józef Szmidt wrócił przed tymże Tokio ze sportowych zaświatów. Ale cóż tam historia, przed mistrzami olimpijskimi z Soczi, tak wyrastającymi ponad organizacyjną magmę polskiego sportu — chapeau bas!

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Zalewski

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy