Il Padrino, pasta i krużganki

Jacek Konikowski
10-10-2008, 20:05

Dlaczego lepiej nie pytać o mafię mieszkańców Corleone? Jak Sycylijczycy walczą z cosa nostrą makaronem? I co lepsze: pistolet czy cannoli?

Aby mafię poznać z bliska, trzeba drogą krętą jak zeznanie podatkowe Ojca Chrzestnego dostać się w góry, do miasteczka, które nie ma w sobie nic urzekającego. Oprócz legendy i klimatu. Wjeżdżając do Corleone, trzeba uważać, by nie pojechać dalej — do Prizzi. Aby tego uniknąć, wystarczy pamiętać, że góra, pod którą leży miasteczko, ma się znaleźć po prawej stronie. Ta góra nazywa się Soprano. Po chwili gąszcz wąskich uliczek. Nieopodal posterunku karabinierów znajduje się poczta. W miejscowej książce telefonicznej nazwisko Corleone zajmuje dwie strony. Połowa trzeciej należy do Prizzich, druga połowa — do Riino i Soprano. Cała książka liczy nazwisk… siedem. Kilka kroków dalej duży plac z wysokimi palmami. Serce miasta. Jeżeli ktoś sądzi, że główny plac w Corleone nazywa się Piazza di Al Capone, Cosa Nostra czy coś w tym rodzaju, to się zawiedzie. Jego nazwa niektórych drażni: Piazza Giovanni Falcone and Paolo Borsellino (słynni sędziowie, którzy rozbili sycylijską mafię. Zginęli w zamachu na przedmieściach Palermo w 1992 roku).

Pstryczek w nos mafii

Wiele jej pozostało w Corleone? Kilka lat temu pewien włoski prawnik zaproponował, by przywrócić Corleone jego średniowieczną nazwę — Cuor di Leone (Serce Lwa). Akcja zbierania podpisów wśród mieszkańców niewiele dała. Ówczesny burmistrz określił ją mianem totalnej bzdury, chociaż mit zbudowany przez Mario Puzo i Francisa Forda Coppolę dla większości mieszkańców jest uciążliwy. Najczęściej określają go krótko — testa di cazzo (wrzód na tyłku). Większość, czyli młodzi. Starzy — co innego. Dla Corleonesi czasy mafii to ich młodość. Ich życie. Dlatego krzywym okiem patrzą na turystów liczących na uliczną strzelaninę czy zagraniczne pary biorące ślub w kościele Chiesa Madre przy starym rynku (Piazza Garibaldi) i świętujące "ślub w mieście mafii" w pobliskim Central Bar. W tym samym niewielkim barze, w którym ongiś przesiadywali przy szklance tutejszego Amaro Il Padrino członkowie cosa nostry. Dzisiaj to jedno z ulubionych miejsc Corleonesi, którzy całymi dniami w ciszy przesiadują w cieniu pobliskiej palmy, wpatrując się w uliczny ruch. I — jak przed laty — krzywią się na widok intruzów.

Francesca

Paradoksalnie, w zaułku dwa kroki dalej znajduje się Muzeum Mafii. Jedyna oficjalna atrakcja turystyczna związana z mafijną legendą Corleone. Bo z mafijnych pamiątek żyje cała Sycylia, ale nie Corleone — tu nikt na niej nie zarabia. W Corleone nie kupi się koszulki z napisem "I love mafia", gipsowej figurki Vito Corleone, kompletu ściereczek z podobizną Kay Adams- Corleone czy choćby filmu Francisa Coppoli. Nie mówiąc o pocztówce "Pozdrowienia od mafii" czy kalendarza z mafiosem miesiąca. Tu nikt takich "pamiątek" nie sprzedaje. Co najwyżej można zaopatrzyć barek w butelkę miejscowego likieru Don Corleone. Jest tylko muzeum mafii, a właściwie historii walki z cosa nostrą, które siedem lat temu wspólnie otwierali Kofi Annan i prezydent Włoch Carlo Azeglio Ciampi.

Francesca, drobna, urodziwa Sycylijka (poprawia, gdy nazywa się ją Włoszką, podobnie jak większość Sycylijczyków) za 6 euro opowiada o walce z mafią, pokazuje zdjęcia pełne krwi i ludzkich szczątków.

— To jest mafia. Tym mamy się szczycić? — odpowiada na pytanie, gdzie mieszkał w Corleone ten czy inny mafioso i dlaczego nie spotkaliśmy jeszcze żadnego faceta w białej koszuli, czarnych spodniach i ze strzelbą na ramieniu.

Potem prowadzi nas na drugie piętro, do pomieszczenia wypełnionego dokumentami. To akta słynnego procesu bossów mafii, przygotowane przez prokuratorów Giovanni Falcone i Paolo Borsellino. Tak, one są w Corleone, nie w Palermo. Ściany regałów wypełnionych segre- gatorami... Robią wrażenie! Na koniec spytaliśmy ją o Libera Terra i zdobyliśmy jej serce. Na chwilę.

— Po tym, jak bossowie mafii trafili za kraty, ich majątki skonfiskowało państwo. Najwięcej na Sycylii, 3683 różne nieruchomości. Libera Terra jest rządową organizacją, która nimi zarządza. Zarabiają, tyle że nie dla mafii, ale na walkę z nią — mówi Francesca.

Mamy farta. Za kilka godzin wraca do Palermo, więc po drodze może nam pokazać jedną z takich posiadłości. Czekając, aż zamknie muzeum, wałęsamy się uliczkami Corleone. Jedno, co tu pozostało, to klimat. Nowoczesności niewiele. Stary bruk, stare domy, starzy ludzie. I kościoły. Niektóre zrujnowane i obrośnięte trawą. Po co wiara, skoro jest mafia — mawiano tu niegdyś, dlatego wiele kościołów popadło w ruinę. Ale mafia tu jest, to czuć. Na murze ktoś nabazgrał sprejem "La mafia e una merda". Gdyby jej nie było, po co by bazgrał?

Ranczo mafiosa

Francesca zna każdy zakręt drogi do Palermo. W weekendy odwiedza tam swoich rodziców. Żeby pokonywać je pandą, nie zwalniając, trzeba być kozakiem. My za każdym razem zamykamy oczy. Jakby tego było mało, Francesca na drogę wzięła torbę pomarańczy. A w każdej części "Ojca chrzestnego" po scenach, w których "grają" pomarańcze, ktoś ginie, zostaje ranny, zapada na niego wyrok lub przynajmniej się przewraca... Czas spędzamy więc radośnie.

Po godzinie zatrzymujemy się przed okazałą willą z kamienia otoczoną winnicami — nieopodal Monreale, jakieś 10 km od Palermo. Kiedyś posiadłość należała do rodziny Brusca. W 1993 roku boss mafii Giovanni Brusca trafił do więzienia, a jego majątek — w tym również i tę willę — skonfiskowano. Trafiła w ręce młodych agronomów z Libera Terra, którzy na ziemi byłego mafiosa uprawiają winną latorośl, melony i soczewicę. I oferują nocleg turystom. Zamienić willę mafiosa w gospodarstwo agroturystyczne, czemu nie? Podobny los, na mocy specjalnego dekretu, spotkał w 1996 roku wiele innych posiadłości należących do Bernardo Provenzano czy Salvatore Toto Riiny.

Dom Brusca ma 10 sypialni i jadalnię wielkości boiska do koszykówki, zdolną pomieścić 50 gości. Rezydencja kole w oczy przepychem. Za 80 euro można spędzić noc w łóżku z baldachimem bossa mafii, a po śniadaniu goście dostają na pożegnanie paczkę miejscowego makaronu z nietypową etykietką: na tle dwóch dymiących niczym lufy pistoletów paczek makaronu widnieje napis: "Pasta Fights the Mafia".

Po nocy tu spędzonej warto odwiedzić pobliskie Monreale. Inny klimat. Typowe włoskie miasteczko z panoramą na Palermo. W jednej z wielu knajpek zamawiamy cannoli (kelner podaje je w serwetce z cytatem z "Ojca chrzestnego", kiedy to Clemenza mówi do Rocco: "zostaw pistolet, weź cannoli"). Jednak najbardziej urzeka kompleks średniowiecznych budowli: katedra z XII w. połączona z pałacem arcybiskupim i klasztorem. Wspaniałe miejsce, by odreagować mafijne klimaty. Zacienione krużganki, soczysta zieleń palmowego gaju, szelest strumyków i zapach kamienia. Atmosfera kontemplacji i liturgicznych chorałów. Czasem przemknie skulony mnich. I nie wierzymy przewodnikom, że było to ulubione miejsce spotkań cosa nostry. Ani zapewnieniom, że już jej nie ma na Sycylii. Ona jest i będzie, bo taka jest ta wyspa — niepokorna i rozczochrana.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Konikowski

Najważniejsze dzisiaj

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Kariera / / Il Padrino, pasta i krużganki