Imperator szóstego zmysłu

Agnieszka Ostojska
opublikowano: 2003-07-18 00:00

Wojciech Siudmak, malarz hiperrealista fantastyczny — w biznesie kieruje się intuicją — swoją i trzech kobiet: żony i córek. Z dobrym skutkiem. Jego obrazy za 13-50 tys. euro kupują, jak sam określa, biznesmeni poeci.

„Puls Biznesu”: Jak na malarza wizyjnych, fantastycznych obrazów wygląda pan normalnie! Żadnej ekstrawagancji w ubiorze, wyglądzie — choćby wąsów a la Salvador Dali...

Wojciech Siudmak: Zawiodłem panią?

Nie, ale ludzie pędzla często wyglądają dość zjawiskowo.

— Napatrzyłem się na takich w akademiku! Zresztą nie tylko tam. Im mniej do powiedzenia w sztuce, tym większa chęć zwrócenia na siebie uwagi poza nią. Tym więcej kolczyków, udziwnionych ubrań itp. Kojarzę to z osobistym niepowodzeniem, rozpaczliwą próbą pokazania się.

Kiedy Pan już wiedział, że będzie malować?

— Od momentu, gdy zapragnąłem po raz pierwszy rysować, nigdy nie wątpiłem, co będę robić. 30 lat wytężonej pracy przeszedłem w zafascynowaniu. Trochę jak ćma, która leci gdzieś — i nie wie, gdzie...

Od początku zero wątpliwości?

— Tak. Zaczęło się tak naprawdę, gdy moja wychowawczyni, pani Zaskórska kazała napisać, kim chcielibyśmy zostać. I napisałem, że chciałbym malować obrazy jak Jan Matejko. Miałem 8 lat. Odczytała to na głos, co bardzo mnie zawstydziło. Wtedy już zaczynałem kopiować, przerysowywać prace mistrzów — Rembrandta, Rubensa. Każdy rysunek to był płacz i zgrzytanie zębów. Rozpaczałem, że nie potrafię rysować tak samo.

Kiedy zaczął Pan malować obrazy fantazyjne?

— Dość późno. Kiedy poszedłem do liceum plastycznego, modna była abstrakcja. I na uczelni też. Chcąc nie chcąc, skończyłem akademię jako malarz abstrakcyjny, ale po dwóch latach w Paryżu dałem sobie z tym spokój. Potem interesowałem się sztuką konceptualną, robiłem doświadczenia z różnymi materiałami: malowałem na aluminium, na szkle... W końcu zacząłem rysować — i odnajdywać wrażenia z lektury Julesa Verne czy mitologii greckiej. Lata 70.... Paryż był pod wpływem kultury hippies. Fajerwerk wyobraźni! Zaczęto interesować się science fiction. Fascynowało mnie, że coś nowego zaczyna się dziać i że to również moja sprawa! Zacząłem współpracować z takimi pismami, jak „Planete”, wydawnictwami i galeriami. W 1975 r. zaadaptowano mój obraz na plakat do festiwalu w Cannes. To był przełom. Wiedziałem, że znalazłem własny styl! Stałem się znany. Cała Croissete — bulwar w Cannes — była oblepiony moim „Imperatorem szóstego zmysłu”. Wydawcy zaczęli kupować prawa autorskie — o, wtedy już było inaczej...

Brzmi jak prosta droga do sukcesu...

— Tak łatwo nie było. Najgorsze były pierwsze lata w Paryżu. Rysowałem dla pism: „Marie-France”, „Marie Claire”... Tam, gdzie można było rysować — rysowałem. Ilustrowałem przepisy kulinarne — dzięki temu nauczyłem się francuskiego. To zajęcie dostarczyło mi satysfakcji. Do każdego przepisu robiłem rysunek humorystyczny. Chodziło o zarobek. Bolesny okres, gdy chodziłem z „abstrakcjami” po galeriach. Wszyscy mi odmawiali... Taka historia: kiedyś w galerii pokazuję prace. Właściciel pyta: „Pana nazwisko?”. „Siudmak” — odpowiadam. A on mi na to: „Siudmak?!!! Z takim nazwiskiem nic pan nie osiągnie”. Głupie wyrocznie uiszczają sobie prawo do osądzania!

W końcu zaskoczyło...

— Trafiłem na złoty okres — dużo pieniędzy, świat wierzył jeszcze, że nic złego nie może się przytrafić. Było mnóstwo galerii i ludzi z kasą, chętnych do inwestowania w sztukę — snobowali się, kupowali różne malarstwo, nawet to, które nie było nic warte: każdy robił coś, co przewyższało rywala. Te szalone wernisaże... Teraz galerie zamykają się jedna po drugiej, na wernisażach dostaje się lampkę szampana, a ludzie długo się zastanawiają, zanim kupią obraz. Idą tylko dzieła uznanych nazwisk. Kryzys nauczył rozsądku.

Oszczędności?

— Raczej wina krytyków. Wówczas rozpanoszyli się w sposób despotyczny. Mówili, co im się podobało. Byli wyroczniami. Jeżeli obraz czy artystę uznali za wspaniałego, to inwestorzy zaczynali kupować takie dzieła. Nie zawsze ich zachwyt był obiektywny. Wielu na tym traciło fortuny.

Co to za ludzie, ci Pana klienci?

— Z pewnymi zasobami finansowymi i rozwiniętą inteligencją emocjonalną. Na przykład lekarz, który ma wielką klinikę, z którym rozmawiam o sztuce jak z poetą. Albo właściciel fabryki, piszący wiersze. Moja sztuka przemawia do ludzi bogatych intelektualnie, wrażliwych, bo jest w niej symbolika osobista, którą można odczytać. Nie ma banalnych odniesień. Obrazy mają własny tor emocji — i o to chodzi.

Obrazy sprzedaje Pan we Francji, Niemczech, USA, Japonii. To samo się podoba na różnych kontynentach?

— Tak. Dowodnie przekonałem się o tym na wieży Eiffla podczas wystawy milenijnej. Moją ekspozycję oglądali anonimowi turyści. Z Brazylii, Australii, USA, Japonii itd. Zauważyłem, że zwracali uwagę na podobne obrazy. Mieli podobne reakcje. Wspólny mianownik odbioru moich prac to emocje.

Często Pan wraca do Wielunia?

— Jeśli mam ku temu okazję. Moi bliscy znajomi porozjeżdżali się — to już inne miasto... Wystawa moich prac to ukłon dla rodziców, że pozwolili małemu chłopcu robić to, czego pragnął. Nie kazali iść jakąś inną drogą, tylko pozwolili mi na malowanie.

Czyli sentyment został?

— Ogromny! Sentyment mam do trzech miast. Do Wielunia — bo tam się urodziłem i wychowałem, do Łodzi — bo tam jeździłem w ważniejszych sprawach, i do Warszawy, bo tu kończyłem liceum i studiowałem. Do Francji wyjechałem, mając 24 lata, po 10 latach w internatach i akademikach Warszawy.

Nie myśli Pan, aby wrócić do Polski na stałe?

— Nie. Dom jest tam, gdzie rodzina. A tę mam w Paryżu. Kiedy jestem w Polsce i nie mogę zasnąć, myślę o wnuczkach. I o Paryżu. Emigranci noszą w sobie nieustanny ból. Pożegnali się z rodzinnym krajem, ale nigdy nie definitywnie. Ale może to potrzebne?

Czy któraś z córek poszła w ślady ojca?

— Jedna została optykiem, ma dużą wrażliwość estetyczną i interesuje się dekoracją. Druga jest dyrektorem artystycznym w agencji reklamowej; kiedyś bardzo dobrze rysowała. Coś w rodzaju Egona Schille czy Gustava Klimta... Niestety zaczęła pracować na komputerze. Maszyna pochłonęła jej twórczość. Teraz pracuję nad tym, by wnuk nabrał wrażliwości. Czasem podchodzi do mnie i mówi: „Dziadek, on va faire de la peinture” — „Będziemy malować?”. Jeśli coś narysuję za dobrze, to zaraz zamazuje. Widzi to, co ja widziałem: przepaść między tym, co na razie potrafi, a tym, co zobaczył. Ciekawe dlaczego dziecko nie znosi za dokładnego odbicia, tylko symbole? To samo robię z malutką Chloé, która ma rok. Zaczynamy malować!

Skąd czerpie Pan inspiracje?

— Na pewno nie z narkotyków. Artysta jest jak atleta, w zdrowym sensie tego słowa. Aby tworzyć, trzeba być w dobrej kondycji fizycznej. Michał Anioł, by zamalować sufit w kaplicy, musiał mieć power. Malował przecież na leżąco. Czasem trzeba ślęczeć od rana do nocy. Chodzę na siłownię, kiedyś trenowałem podnoszenie ciężarów... Skąd się bierze natchnienie? Nie wiem. Inspiracja i wyobraźnia jest również darem.

Ale jak to wygląda. Wstaje Pan rano i wie, że namaluje dwie kryształowe głowy na tle nieboskłonu?

— Tak! Nagle jest pomysł — i już! Ale osobowość trzeba wzbogacać. Na pewno zaowocowało, że widziałem filmy Felliniego, Truffauta, Annauda, Bunuela i wielu innych, że spędzałem wiele czasu w muzeach, w podróży.

Literatura?

— W dzieciństwie pochłaniałem mitologię grecką. Tam każda sytuacja była rozgryziona jakimś Herkulesem, Zeusem czy Hefajstosem. Zaczytywałem się w literaturze fantastycznej. Ale czy to akurat miało wpływ na rozwój mojej wyobraźni? Moja dewiza życiowa: tylko marzenie może przekroczyć niepokonalne przeszkody. Dlatego większość moich obrazów to moje marzenia... Choć był taki autor Philip K. Dick. Przedstawia świat na pograniczu science fiction. Wkraczał w sfery, w które klasyczna literatura zwykle nie jest w stanie wkroczyć. W sfery cienia. Czytałem po francusku, nie do końca znając język. Każde zdanie powodowało, że sobie coś wyobrażałem. Ale tak naprawdę inspiruje mnie renesans.Obrazy Michała Anioła, Leonarda da Vinci czy Boticcellego były dla mnie niesamowitym przeżyciem, podobnie jak barokowe dzieła Tiepola, Caravaggia i Berniniego. Odrodzenie jednak fascynuje mnie, bo były to wieki największej wiary w ludzkie możliwości. Podobnie jak dziś! Wierzę, że wkraczamy w okres odrodzenia.

Znowu?

— Właśnie tego doświadczamy. W sztuce doszliśmy do całkowitej negacji środków wyrazu. Malarstwo — i cała sztuka — poszukuje wyrazu w bocznych drogach. Wszystko dzieje się cyklicznie — i w sztuce, i w gospodarce: doszliśmy do punktu krytycznego. Wszystko doprowadzono do totalnego zwątpienia i teraz na nowo „rozpoczynamy wierzyć”. Najlepszy dowód to powrót do realizmu w malarstwie. Nie potrafię tego wytłumaczyć technicznie, ale wierzę, że renesans właśnie się zaczyna. I w ekonomii. Przed przyjazdem do Polski miałem wystawę we Francji. Podszedł do mnie menedżer, który kładzie tory kolejowe na całym świecie. Przyniósł wycinek z gazety o rozwoju inteligencji emocjonalnej. Upraszczanie, racjonalizowanie, zwalnianie ludzi, cięcia kosztów — to już nie działa! Wszystkie możliwości wykorzystano, a rozwój nie następuje. Dalej marazm... W tej chwili we Francji nacisk kładzie się na wzmacnianie inteligencji emocjonalnej, by u menedżerów sprowokować wyobrażenie sobie innej, niekonwencjonalnej sytuacji. Już nie wystarczą utarte schematy postępowania. Potrzeba pomysłów, nowej inteligencji, odwagi, wyobraźni.

Sztuka może ich dostarczyć?

— Pośrednio. Rozmawiałem z wieloma biznesmenami i wiem, że bywają hermetyczni. Czasem się zdarza ktoś wrażliwy na sztukę — ale interesuje go sztuka z katalogu, który dostaje do biura. Na muzeum nie ma czasu. Życie kulturalne przedsiębiorców to zupełna pustynia. To ludzkie maszyny — nie potrafią wymyślić oryginalnych rozwiązań. Ale to ludzie wielkiej inteligencji, a więc wszystko jest możliwe.

Jak Pan dobiera marszandów?

— W moich umowach z nimi obowiązuje właściwie jedna zasada: mają robić to, co mi odpowiada.

A co Panu odpowiada?

— Nie chcę zamówień na obrazy ze wskazówkami klienta. Należę do wąskiego grona ludzi, którzy mają przywilej bycia wolnymi. Całkowicie! Od tego nigdy nie odstąpię. Żaden agent czy tendencja w sztuce nie zmusi mnie, bym tego poniechał.

Z jednej strony maluje Pan niesamowite obrazy, uduchowione, jak nie z tego świata. Z drugiej, twardo stąpa po ziemi. Zarabia Pan niezłe pieniądze, organizuje wystawy, wymaga co nieco od marszandów, zarządza swoim nazwiskiem, które już jest znaną marką.... Ktoś Panu pomaga?

— Wszystko, co robię, jest intuicyjne. Fakt, można sobie coś zaplanować. Ale ja polegam na instynkcie i zdrowym rozsądku. Często słucham rad żony i córek, bo kobiety mają intuicję. Ich uwagi są instynktowne i błyskawiczne. Zwłaszcza córki-artystki. Jej spostrzeżenia są często bolesne, ale prawdziwe. Nie zajmuję się specjalnie prowadzeniem własnej kariery. To dzieje się zupełnie spontanicznie. Interesuje mnie tylko chęć przekazania własnej wizji malarskiej, unikalnego dowodu bytu na ziemi.

Dlaczego Pan mówi, że jest Pan hiperrealistą fantastycznym.

— Prawdopodobnie dlatego abstrakcja nie odpowiadała mi, bo stanowiliśmy jakąś grupę. Po prostu nie pasuje to do mnie, jak złe ubranie. Nie znoszę, gdy wpisuje się mnie w jakieś nurty, grupy, manifesty. Choć w sztuce realizm fantastyczny jest bardzo rzadko spotykany.

Których twórców z nurtu, do którego Pana twórczość przypisano, uważa Pan za wartościowych?

— Najbardziej interesujący są Magritte, Dali i potężny Bosch. Twórców tego typu jest bardzo mało. Żadna szkoła nie uczy wyobraźni ani geniuszu.

Trudno było o sponsora dla wystawy Pana prac w Polsce?

— Nie. Znalazł się zaraz przy pierwszej wystawie. Renault — bardzo kreatywna firma.

Czy seria wystaw Pana obrazów oznacza to, że ściągnie Pan do Polski wielką sztukę? Bo ta raczej rzadko do nas trafia.

— W Polsce jest wielu interesujących ludzi o wysokim poziomie kultury. Nie oznacza to jednak, że wiedzą, co się dzieje gdzie indziej. Niektóre wydarzenia omijają Polskę — bo brak pieniędzy. Tworzy się zaścianek i niebezpieczeństwo, że nagle ktoś na tym małym poletku zechce stać się prorokiem i wyrocznią. To także wygodnictwo i urabianie tego środowiska. Prawdziwe bogactwo tkwi w otwartości, a najlepsze rezultaty osiąga się przez konkurencję. W każdej dziedzinie.

Kim się Pan czuje? Polakiem czy Francuzem?

— Nie wiem, kim jestem. Chyba artystą... Kiedy się śmieję i płaczę, mówię po polsku.

Możesz zainteresować się również: