Sprzedaż detaliczna nie wróciła jeszcze do trendu sprzed pandemii. Przeszkadza jej w tym inflacja. O ile nominalne wydatki konsumentów rosną solidnie, o tyle realne wolumeny sprzedaży są już słabsze. Pojawiły się sygnały, że konsumenci ograniczyli wydatki na towary, których kupowali dużo w czasie pandemii – meble oraz sprzęt RTV i AGD.
We wrześniu sprzedaż detaliczna realizowana przez firmy zatrudniające co najmniej 10 osób wzrosła o 5,1 proc. rok do roku licząc w cenach stałych. Jak pokazuję na wykresie, wielkość sprzedaży wciąż znajduje się poniżej poziomu, który mógłby być osiągnięty, gdyby nie wybuchła pandemia.

O ile jeszcze na wiosnę przyczyną luki w handlu (czyli różnicy między realnym popytem, a potencjałem sprzed pandemii) były głównie obawy konsumentów związane z COVID-19, o tyle dziś jest nią zapewne inflacja. Wartość wydatków konsumentów jest już bowiem wyższa niż przed pandemią (wzrosła we wrześniu o 11,1 proc. rok do roku), ale inflacja ograniczyła – jak ładnie określili to ekonomiści mBanku – ich ekonomiczną użyteczność.
Jest to oczywiście zjawisko odczuwane przez konsumentów i wpływające negatywnie na ich nastroje. Widać to we wskaźnikach ufności, które powstają na podstawie szerokich badań ilościowych wśród mieszkańców Polski. Bieżący wskaźnik ufności konsumenckiej (liczony przez GUS) znajduje się dużo poniżej poziomu z 2019 r., a w październiku zanotował najgłębszy spadek od listopada zeszłego roku.
Sądzę jednak, że koszt, który społeczeństwo dziś ponosi – i który jeszcze nasili się w najbliższych miesiącach – jest łatwiejszy do uniesienia niż alternatywny koszt wysokiego bezrobocia, który pojawiłby się, gdyby polityka makroekonomiczna w Polsce i na świecie była mniej proinflacyjna. Jakiś koszt kryzysowego załamania musimy ponieść i lepiej, by to była inflacja niż bezrobocie. Nie znaczy to oczywiście, że na ryzyko inflacyjnie nie należy reagować.
Patrząc na segmenty handlu, słabość widać szczególnie w sprzedaży tzw. dóbr trwałych, czyli droższych towarów nie należących do produktów pierwszej potrzeby. Chodzi głównie o samochody, części, meble, sprzęt RTV i AGD. O ile przyczyną niskiej sprzedaży samochodów jest niedobór produktów, o tyle w przypadku mebli i sprzętu RTV/AGD może być to osłabienie realnych dochodów wynikające z inflacji. Podkreślić należy, że słowo „słabość” nie oznacza jeszcze recesji. Poza samochodami moglibyśmy to określić mianem „soft patch”, czyli w luźnym przekładzie „łagodne spowolnienie”.
Całkiem normalnie wygląda sprzedaż odzieży – jakby nie było kryzysu. Wprawdzie we wrześniu sprzedaż w tym segmencie spadła, ale znajduje się praktycznie na poziomie trendu sprzed pandemii. Coraz lepiej wygląda też sprzedaż w segmencie kosmetyków i farmacji, która od kilku miesięcy wraca systematycznie w kierunku przedkryzysowego trendu.
Lekko słabsza sprzedaż nie jest powodem do obaw z makroekonomicznego punktu widzenia, ponieważ siła polskiej gospodarki w ostatnich kwartałach brała się bardziej z zaspokajania potrzeb zagranicznych niż krajowych konsumentów. Połączenie wysokiej inflacji i nawracającej pandemii na pewno utrudni natomiast w najbliższych miesiącach życie konsumentom.