Integracja nie oznacza zatracenia tożsamości

Bogdan Góralczyk
opublikowano: 1999-12-24 00:00

Bogdan Góralczyk: Integracja nie oznacza zatracenia tożsamości

TRUDNA PRAWDA: Każda transformacja i przyspieszona modernizacja dzieli społeczeństwo na wygranych i przegranych — przypomina Bogdan Góralczyk. fot. Małgorzata Pstrągowska

Wyniki sondaży opinii publicznej zaczynają niepokoić. Czyżby Polacy odwracali się od idei integracji europejskiej? Jeszcze do niedawna poparcie było znaczące, a ostatnio spadło poniżej bezpiecznej — z punktu widzenia obligatoryjnego referendum — bariery 50 proc.

TAKI ODWRÓT sam w sobie nie jest zaskakujący. Doświadczenia wszystkich poprzednich rozszerzeń Wspólnot Europejskich (a z czasem i Unii Europejskiej) dowodzą, że im bliżej członkostwa, tym opór społeczny w państwie kandydującym większy. Wszak kończy się etap fascynacji, nadziei, zauroczenia, pięknych słów i obietnic, a rozpoczyna zupełnie nowy — ścierania się interesów i realnego układania trudnych stosunków.

POLSKI „problem roku 2003” (termin hipotetyczny) polega na tym, że nastąpił niebezpieczny rozdźwięk pomiędzy elitami a społeczeństwem. Liderzy znajdują się ciągle w fazie narzeczeństwa, natomiast peleton zaczyna już namacalnie doświadczać, iż wchodzenie do UE to nie tylko piękne perspektywy i spodziewany dobrobyt, ale także — zwłaszcza w pierwszym etapie — spore koszty, wymagające niemałych poświęceń. Integracyjne wysiłki elit nie zakończą się sukcesem, jeśli w Polsce nie rozpocznie się autentyczny dialog społeczny na ten temat. Przecież w ostatecznym rozrachunku to pojedynczy obywatel zadecyduje kartką wyborczą, czy chce do Unii. I nie zagłosuje „tak”, jeśli nie będzie co do tego przekonany i jeśli będzie kojarzył UE przede wszystkim z własnymi poświęceniami.

WSTĄPIENIE Polski do Unii Europejskiej to nie jednorazowy akt politycznej woli, lecz modernizacyjny proces o wysokich społecznych kosztach. Szybkie podnoszenie stopy życiowej i dobrobytu zawsze wiąże się z tym, że jedni na tym korzystają więcej, a drudzy mniej. Każda transformacja i przyspieszona modernizacja dzieli społeczeństwo na wygranych i przegranych. Tego uniknąć się nie da. Chodzi jednak o to, żeby nawet tych, którzy bezpośrednio przed przystąpieniem i tuż po nim poniosą wysokie koszty własne (a nie ma i nie będzie ich tak mało), przekonać, iż w dalszej perspektywie wszyscy wygramy. Solidnie sporządzony bilans jednoznacznie wykaże, iż pozostanie poza Unią byłoby o wiele bardziej kosztowne niż wstąpienie do niej. Trzeba jednak taki rachunek społeczeństwu przedstawić — i dotrzeć z nim, w możliwie najbardziej przystępny i prosty sposób, do każdego obywatela.

NASZE członkostwo w UE pociągnie za sobą zmianę wielu pojęć i wymusi przewartościowanie narodowych stereotypów. Integracja europejska to nie tylko wysiłek modernizacyjny i przystosowanie się do innych, wypracowanych wcale nie przez nas reguł gry, ale przede wszystkim przełom mentalnościowy. To, co było romantycznym kanonem obowiązującym przez dwa minione stulecia (z okresem realnego socjalizmu włącznie!), musi pójść w zapomnienie. Zawsze walczyliśmy o suwerenność i niezależność — i oto nadchodzi moment, iż część tej suwerenności dobrowolnie przekażemy strukturom ponadnarodowym. Dla wielu będzie to rozwiązanie nie do przyjęcia.

JEŚLI PRZYJMIEMY nowe reguły gry — damy sobie szansę przeobrażenia się w prawdziwych, nowoczesnych Europejczyków. Jeśli zagłosujemy „nie” — opowiemy się za siermiężną swojskością i zamienimy w egzotyczny skansen na obrzeżach nowoczesności. Czy dopiero wówczas zaczniemy sobie zadawać pytanie, czemu inni przystąpili przed nami do UE, a jakoś własnej tożsamości nie postradali? Jak im się to udało?

Bogdan Góralczyk jest publicystą i wykładowcą, pracownikiem naukowym Centrum Europejskiego Uniwersytetu Warszawskiego