Ropa jest bardzo droga, ale rynki pogodziły się już z ceną 50 USD/b. Wkrótce powinna korekcyjne tanieć. Wystarczy chwila spokoju w Iraku.
Z Ameryki
Tydzień temu pisałem, że możliwe jest powstanie na wykresach prowzrostowej formacji podwójnego dna, ale uzależniałem to od ruchów ceny ropy. Okazało się, że było dużo lepiej. Na początku tygodnia wygrana prezydenta Wenezueli spowodowała spadek cen ropy. Indeksy wzrosły i dały mocną podstawę do budowy formacji. Potem na rynku ropy było dużo gorzej, ale wzrost cen nie wpływał już negatywnie na rynek akcji. Inwestorzy pocieszali się, że nie ma inflacji, więc droga ropa jest niegroźna. To oczywista nieprawda, bo choć ceny ropy na gospodarkę (jeszcze) nie wpływają, to konsumenci mają coraz mniej pieniędzy, a wzrost cen paliw dodatkowo zmniejsza ich wydatki na inne cele. A jeśli krajowy konsument zacznie zmniejszać wydatki, to gospodarka szybko wejdzie w recesję.
Ropa jest bardzo droga, ale — po pierwsze — rynki pogodziły się już z ceną 50 USD za baryłkę, a po drugie — nic nie rośnie w linii prostej i wkrótce powinna ona korekcyjnie tanieć. Wystarczy chwila spokoju w Iraku, a spekulanci na rynku towarowym zaczną gwałtownie realizować zyski. USA zrobią wszystko, by szybko ustabilizować sytuację nad Tygrysem i Eufratem, bo walka o Irak to walka o drugą kadencję prezydenta George’a W. Busha. Tak przynajmniej twierdzi wielu komentatorów. Przesadzają? Niekoniecznie.
My, Europejczycy niezbyt rozumiemy Amerykanów. Mnie osobiście czasami oni bardzo dziwią, np. według bardzo poważanej National Association for Business Economics, 45 proc. badanych za największe krótkoterminowe zagrożenie dla amerykańskiej gospodarki uważa terroryzm. Tylko 23 proc. widzi je w deficycie budżetu federalnego. Zdaniem badanych, 25 proc. czasu pracy przyszły prezydent powinien poświęcać walce z terroryzmem, a tylko 11 proc. — polityce energetycznej kraju. Widać, jaki wpływ na ludzi wykształconych ma działanie administracji, która wyolbrzymia zagrożenie terroryzmem. I to wszystko mimo oczywistych faktów: od trzech lat nie było żadnego ataku terrorystycznego w USA. Nie znaczy to, że go nie będzie, ale Stanom daleko do sytuacji np. Izraela. Grozi im za to z pewnością powrót do recesji — już w przyszłym roku.
Tylko rynek nieruchomości nadal trzyma się zadziwiająco dobrze. Duże spowolnienie gospodarki w regionie Nowego Jorku i Filadelfii sygnalizuje, że pojawiają się problemy. Niepokoi słaba dynamika produkcji i wykorzystanie potencjału produkcyjnego. Spadł również indeks LEI, który zapowiada, co będzie się działo w gospodarce w najbliższych 3–6 miesiącach. Wbrew pozorom wcale nie cieszy spadająca inflacja. Po tak mocnej stymulacji gospodarki, jaką widzieliśmy w ostatnich paru latach w wykonaniu Fed i administracji, inflacja powinna się była pojawić mimo zwiększonej wydajności pracy. Tymczasem nie podniósł jej nawet znaczny wzrost cen surowców i ponad dwukrotny wzrost cen ropy. Wygląda na to, że jak tylko stymulacja osłabnie (a już słabnie, bo Fed podnosi stopy), szybko zaczniemy się bać deflacji.
Przed nami jeszcze spowolnienie gospodarki chińskiej i zmniejszenie aktywności amerykańskiego konsumenta: w czerwcu stopa jego oszczędności spadła do 1,2 proc., przychody rosną wolniej od inflacji, a zadłużenie jest olbrzymie. Stephen Roach z Morgan Stanley zwraca w nieco prześmiewczy sposób uwagę na fakt, że Fed swoim ostatnim komunikacie w sposób niezwykle jak na tę instytucję wyraźny zapowiedział nadejście kolejnej fali ożywienia gospodarczego jeszcze w tym roku. Roach twierdzi, że od 1994 r. (wtedy Fed zaczął informować o swoich prognozach) tylko raz, w czerwcu 2002 r., bank wyraźnie zapowiedział, że „oczekuje w nadchodzących kwartałach zwiększenia dynamiki popytu”. Bardzo się wtedy pomylił: w drugiej połowie roku popyt był niezwykle słaby, a już rok później obniżono stopy procentowe do 1 proc.
W tym tygodniu nie będzie ważnych planowanych wydarzeń. W tej sytuacji wpływ innych czynników (ceny ropy i geopolityki) będzie wzmocniony. Musimy pamiętać, że wkrótce kończy się miesiąc, wiec możemy mieć do czynienia z „window dressing”. Ponadto 30 sierpnia w USA rozpoczyna się konwencja Partii Republikańskiej, a pamiętamy histerię, która panowała przed konwencją Demokratów (służby straszyły atakiem terrorystycznym). Teraz może być podobnie. Sytuacja jest niepewna, ale formacja podwójnego dna nadal obowiązuje, ilość niedźwiedzi jest największa od wiosny, a odpływ z funduszy największy od maja. Wiadomo, że szeroka publiczność najczęściej gwałtownie wpłaca pieniądze do funduszy, wtedy gdy trzeba realizować zyski i najszybciej wypłaca, kiedy należałoby wpłacać. Podobnie jest z nastrojami. Uważam, że zdecydowanie większe jest prawdopodobieństwo wzrostu indeksów.
Z Polski
Ośmiotygodniowa zasada przemienności (tydzień wzrostu, tydzień spadku) została utrzymana, ale widać wyraźną różnicę: wzrost indeksów w minionym tygodnia był największy od początku lipca. Minusem było to, że obroty się nie zwiększyły, ale za to bardzo pozytywnym objawem był wzrost kursu banków. Przed ofertą PKO BP banki taniały, bo rynek oczekiwał, że tak duża emisja musi być sprzedawana tanio i stanie się konkurencją dla już notowanych na GPW instytucji finansowych. Wydaje się jednak, że rynek doszedł do wniosku, że zostały one już za bardzo przecenione. Ceny uznano za atrakcyjne, a to — choć nie gwarantuje stałego ich wzrostu — zapowiada, że ostatnie minima notowań długo nie zostaną przełamane. Z pewnością na nasz rynek pozytywnie podziałało zadziwiająco mocne zachowanie węgierskiego indeksu BUX. Pokonał on rekord wszechczasów, i to mimo znacznego spadku w lipcu zarówno indeksu nastroju biznesu, jak i konsumentów. Mało tego, byków nie przestraszyła również zapowiedź dymisji premiera Węgier. Nasi zarządzający wiedzą dobrze, że kapitał zagraniczny, realizując zyski w Budapeszcie, zahacza po drodze o Warszawę, więc przygotowują się do takiego ruchu.
Nadchodzący tydzień przyniesie ważne dane o cenach żywności w pierwszej połowie sierpnia. Będą jednak ogłoszone w dniu, w którym Rada Polityki Pieniężnej ujawni decyzję w sprawie stóp procentowych, więc już na nią nie wpłyną. Ostatnie dane pokazały, że inflacja w lipcu rosła wolniej niż prognozowano, a publikowany przez BIEC Wskaźnik Przyszłej Inflacji kolejny raz, i to bardzo wyraźnie, spadł w sierpniu, sygnalizując to, co wszyscy wiedzą: z podwyżką stóp czy bez inflacja będzie w ostatnim kwartale roku spadała. Twierdzę, że podwyżka stóp nie jest potrzebna, ale to oczywiście wołanie na puszczy — na palcach jednej ręki można policzyć analityków, którzy usiłują walczyć z polityką RPP. Rada ma tylko jeden cel: zbicie inflacji na koniec roku do granic celu inflacyjnego 1,5-3,5 proc. i nic innego poza tym nie widzi. A na rynku pracy dobrze nie jest: bez echa przeszedł komunikat GUS, że w okresie styczeń — lipiec zatrudnienie spadło o 1,0 proc. r/r, a przeciętne wynagrodzenie wzrosło o 3,6 proc. r/r (poniżej inflacji, która wyniosła 4,6 proc.). Nikt nie skomentował również wyników badań CBOS: 90 proc. Polaków uważa, że sytuacja na rynku pracy jest i pozostanie zła, a liczba pesymistów rośnie.
Rada będzie jednak konsekwentna. Nie ma innego wyjścia, inaczej nikt z popierających ją ekonomistów nie zrozumiałby jej działań. Stopy zapewne wzrosną o 25 pkt baz. Decyzja ta jest już zawarta w cenach akcji. Gdyby jednak jastrzębie w Radzie postanowiły dodatkowo pomóc sektorowi finansowemu i zagranicznym nabywcom naszych obligacji, podnosząc stopy o 50 pkt baz., to reakcja rynku mogłaby być nieprzyjemna. Wystarczy przypomnieć, że dynamika produkcji w lipcu ostro spadła. Ekonomiści już mówią, że prognozy wzrostu PKB w tym roku trzeba będzie obniżyć. Wysokie stopy procentowe jeszcze bardziej ograniczą produkcję, a z eksportem wcale nie musi być tak znakomicie, jak się nam wydaje. Potrzeba jeszcze tylko wzmocnienia złotego (co pod koniec roku powinniśmy zobaczyć), by nasza gospodarka zaczęła hamować.
Niestety, wracają do gry politycy. Myślałem, że to może zwiastować problemy dla giełdy, ale zmieniłem zdanie. SdPl twierdzi, że jego postulaty nie są spełnione i nie wiadomo, czy udzieli wotum zaufania rządowi Belki. Wystarczy jednak spojrzeć na rosnące w sondażu CBOS notowania rządu, by stwierdzić, że SdPl tylko grozi. Poza tym rozpoczynają się przesłuchania przed komisją ds. Orlenu. Nikt nie wie, co może tam wyjść na światło dzienne. Strachy polityczne trzeba jednak lekceważyć.
Przy założeniu, że premier przetrwa wotum zaufania, wybory odbędą się najwcześniej na wiosnę. Owszem, będzie sporo napięcia, bo politycy je uwielbiają, ale wynik tarć łatwo przewidzieć. Mówi się, że Sejm może nie uchwalić budżetu. Zakładam, że jest na to 90 proc. szans, bo posłowie będą chcieli pokazać, jacy są dobrzy dla wyborców. Ale czy to dramat? Nie, bo państwo będzie działało na podstawie rządowego prowizorium budżetowego, a wybory i tak będą na wiosnę. W sumie zagranica nie ma się czego obawiać. Polityka z pewnością będzie tą ścianą strachu, po której indeksy mogą się piąć w górę, jak zwykle podczas hossy...
Na GPW brakuje nam jednej, mocnej fali wzrostowej. Najbardziej logiczne, by pojawiła się dopiero w końcówce roku. Ale przecież taka fala składa się z pięciu podfal. Nic nie stoi na przeszkodzie, by pierwsza zwyżkowa podfala miała miejsce już teraz. Uważam, że jest na to duża szansa, a sygnałem byłoby przełamanie przez WIG poziomu 24 000 pkt.