Od kilku lat mówi się, że w Polsce brakuje specjalistów i menedżerów z wykształceniem technicznym. Między innymi dlatego państwo zdecydowało się na tzw. kierunki zamawiane. Kandydaci nie pozostali głusi. Jak podaje Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego, w 2010 r. po raz pierwszy od 20 lat więcej kandydatów na studia odnotowały politechniki (średnio 3,9 na miejsce) niż uniwersytety (3,5). Według raportu firmy Sedlak & Sedlak udział studentów kierunków ścisłych w całej populacji studentów w Polsce wynosi około 21 proc. i nawet nieznacznie przekracza średnią unijną (około 20 proc.). A więc jest dobrze?

Za mało, czy za dużo
Ewa Chojnacka, rzecznik prasowy Politechniki Łódzkiej (PŁ), potwierdza, że rośnie zainteresowanie kierunkami technicznymi. Nawet mimo niżu demograficznego. Ale już inaczej może być w mniejszych szkołach.
— Jesteśmy uczelnią regionalną i od kilku lat notujemy raczej stałe zainteresowanie naszymi studiami. W 2011 roku przyjęliśmy na studia tyle samo osób co w poprzednim roku. Cieszy nas to, bo z powodu niżu demograficznego spodziewaliśmy się spadku — informuje Aneta Mirosz, rzecznik prasowy reaktora Politechniki Radomskiej. Ale dla absolwentów niektórych specjalizacji inżynierskich może niedługo zabraknąć pracy.
Już jest mniej ofert zatrudnienia dla osób z wykształceniem technicznym w branży budowlanej i motoryzacyjnej. Tymczasem budownictwo jest jednym z kierunków zamawianych i drugim — po zarządzaniu — pod względem popularności (w 2010 r. prawie 31 tys. kandydatów).
Na krakowskiej Akademii Górniczo-Hutniczej (AGH) był to najbardziej oblegany kierunek — aż 13 kandydatów na miejsce podczas ostatniej rekrutacji. Podobnie jest w innych uczelniach technicznych. Ale specjaliści przewidują, że właśnie budownictwo (zwłaszcza infrastrukturalne) popadnie w najbliższych dwóch latach w regres. W efekcie będzie w nim mniej posad.
— Już jest mniej ofert pracy w tej specjalności. Kończą się inwestycje infrastrukturalne przed Euro 2012 i słabnie zapotrzebowanie na inżynierów — twierdzi Eugenia Zbaraszczuk z Banku Danych o Inżynierach.
Z kolei Krzysztof Kozioł, rzecznik prasowy Budimeksu, uważa, że w budownictwie infrastrukturalnym trzeba rozróżnić inwestycje hydrotechniczne, energetyczne, drogowe i kolejowe.
W przypadku drogowych kontraktów będzie na pewno mniej, co wynika z już ogłoszonych planów. Bardziej optymistycznie z powodu zaniedbań inwestycyjnych można patrzeć na pozostałe gałęzie budownictwa infrastrukturalnego. W budownictwie mieszkaniowym wiele zależy zaś od koniunktury gospodarczej.
Niepokoju nie odczuwają na AGH.
— Moim zdaniem, nie możemy na razie mówić o przesyceniu rynku, jeśli chodzi o inżynierów. Od kilku lat prowadzimy wśród absolwentów ankiety dotyczące ich zatrudnienia i tego, czy praca, którą wykonują, odpowiada ich wykształceniu. Z ostatnich danych wynika, że niemal 90 proc. znajduje pracę w zawodzie w trzy miesiące od ukończeniastudiów. Pozostali dalej się kształcą, szukają pracy lub z powodu sytuacji życiowej nie są na razie zainteresowani znalezieniem zatrudnienia — twierdzi prof. Jerzy Lis, prorektor ds. współpracy i rozwoju AGH.
— Dobry inżynier zawsze znajdzie pracę. Nawet, jeśli w branży motoryzacyjnej czy w budownictwie nastąpi regres i zacznie brakować posad, to będzie to będzie to trwało krótko. Pamiętajmy też, że wykształcenie inżynierskie jest bardzo elastyczne i taka osoba może równie dobrze sprawdzić się w doradztwie technicznym albo sprzedaży — mówi z kolei Waldemar Sławiński, kierownik ds. rekrutacji w firmie ABB Polska (wcześniej zatrudniał także dla firm z branży budowlanej i lotniczej).
Prof. Witold Biedunkiewicz, prorektor Zachodniopomorskiego Uniwersytetu Technologicznego, uważa jednak, że trzeba rozważyć, które kierunki zamawiane nadal dofinansowywać, bo część już „produkuje” bezrobotnych, np. ochrona środowiska, kierunki matematyczne i fizyka techniczna, biotechnologia. Profesor zwraca uwagę, że w przypadku pierwszego z tych kierunków rocznie jest około 2-2,5 tys. absolwentów, a w całej Polsce jest dla nich tylko około 300 miejsc pracy.
Bariery
Według ekspertów o pracę nie muszą się natomiast obawiać informatycy i inżynierowie o wąskich specjalizacjach. W najbliższej przyszłości będą też potrzebni np. fachowcy od energetyki. Waldemar Sławiński zapowiada, że ABB będzie potrzebowała inżynierów przez najbliższe kilka lat, zwłaszcza elektrotechników. Plany firmy przewidują wzrost zatrudnienia do 2015 r., a może także potem. Przyczyn tego, że na rynku pracy wciąż brakuje osób z wykształceniem technicznym, jest kilka.
— Firmy, które szukają takich pracowników, oczekują od nich pełnego wykształcenia, czyli studiów II stopnia. Tymczasem wielu studentów uzyskuje stopień inżyniera na studiach I stopnia, ale kontynuuje kształcenie na innym kierunku, np. na zarządzaniu, myśląc raczej o pracy na stanowisku menedżerskim. Z kolei część z tych, którzy uzyskują stopień magistra inżyniera, wyjeżdża za granicę, np. do Skandynawii — wskazuje jedną z przyczyn Eugenia Zbaraszczuk.
A prof. Jerzy Lis dopowiada, że uczelnie techniczne, mimo większego zainteresowania kandydatów, wcale nie zwiększają liczby miejsc. To bowiem trudne np. ze względu na ograniczoną liczbę laboratoriów i kadry czy konieczność zapewnienia wysokiej jakości kształcenia. Tak jest np. na budownictwie na AGH.
— Na razie mamy sygnał, że rynek potrzebuje inżynierów. Konieczna jest jednak długofalowa analiza rynku, rozmowy z pracodawcami — i to dla wszystkich specjalności — abyśmy nie przesadzili z kształceniem w konkretnych zawodach — dodaje prof. Jerzy Lis. Specjaliści od rekrutacji zwracają zaś uwagę na jeszcze inną sprawę: wymagania startujących w zawodzie inżynierów.
— Wielu prosto po studiach, bez doświadczenia, oczekuje pensji kompletnie oderwanej od rzeczywistości — uważa Waldemar Sławiński. Eugenia Zbaraszczuk dodaje, że podobnie jest z oczekiwaniami co do świadczeń pozapłacowych. Jeśli jednak młodzi inżynierowie zrezygnują z części wymagań, to o pracę na razie mogą być spokojni.