Na ogólnej euforii po upadku Saddama Husajna cieniem kładzie się okoliczność, iż na razie nie znaleziono dowodów globalnego zagrożenia z jego strony — gazów, wąglików, atomowej walizki, etc. Gdzieś zawieruszył się nie tylko iracki dyktator (żywy lub martwy), ale i casus belli. Jeśli wystąpiłyby kłopoty ze znalezieniem wiarygodnego powodu wojny na terenie samego Iraku, to na pewno zostanie on zaimportowany. Przecież przyczyną największej (na razie) wojny XXI wieku nie może pozostać ogólne przekonanie (nb. całkowicie słuszne), że Husajn był z piekła rodem.
Osoba obalonego satrapy nie wzbudza już takich emocji, jak przymiarki do zrobienia wielkich interesów na odbudowie irackiej infrastruktury. Pierwszy etap tej operacji finansowany będzie z budżetu USA, za pośrednictwem United States Agency for International Development. Wybrane przez tę agencję amerykańskie firmy dobiorą sobie podwykonawców — w tym również zagranicznych — na podstawie przetargów lub bezpośrednich negocjacji. Ten drugi wariant stwarza niejasną sytuację — w jakim stopniu uwzględnione zostaną zasługi wojenne, a w jakim wątki czysto biznesowe. Na przykład z podziału „znaczonych” dolarów mają zostać wyłączone firmy z Francji, Niemiec i Rosji. Tymczasem dla trzech wymienionych państw amerykański dyktat jest nie do przyjęcia! Wszak przed rokiem 1991 (a częściowo także i po) były one na irackim rynku obsadzone bardzo mocno.
Wątek gospodarczy irackiej wojny już okazuje się bardziej zacięty, niż militarny. Udział Polski w inwestycjach stanie się prawdziwym sprawdzianem globalnego znaczenia Rzeczypospolitej. O przygotowanie technologiczne naszych firm raczej nie musimy się martwić, nie wiemy natomiast, jak wzajemne serdeczności amerykańskich i polskich polityków przełożą się na irackie kontrakty. Dlatego duma rozpierająca od środy prezydenta i premiera z pobicia Saddama Husajna jest nieco przedwczesna.