Władze irackie odrzuciły we wtorek amerykańskie ultimatum, w którym prezydent George W. Bush zażądał od Saddama Husajna, by ustąpił ze stanowiska i wraz z synami opuścił kraj.
Według irackiej telewizji państwowej al-Szabab, ultimatum odrzucono na posiedzeniu Rady Dowództwa Rewolucji odbytym pod przewodnictwem irackiego prezydenta i kierownictwa rządzącej partii Baas.
W oświadczeniu, jakie odczytał spiker telewizyjny, napisano, że na posiedzeniu potępiono ultimatum Busha.
- Irak nie wybiera swej drogi przy pomocy obcokrajowców i nie wybiera swych przywódców poprzez dekrety z Waszyngtonu, Londynu czy Tel Awiwu - głosi oświadczenie.
Spiker zapowiedział zorganizowanie we wtorek w Iraku masowych demonstracji poparcia dla irackiego prezydenta.
Wcześniej amerykańskie ultimatum odrzucił starszy syn Saddama Husajna, Udaj. Przestrzegł, że kierowany przez USA atak zmusi Irak do rozszerzenia wojny ze Stanami Zjednoczonymi.
- Żony i matki tych Amerykanów, którzy będą walczyli z nami, będą płakać krwawymi łzami. Nie powinni sobie wyobrażać, że znajdą dla siebie bezpieczne miejsce w Iraku czy poza nim – powiedział Udaj.
Amerykanie z pewnością spodziewali się takiej odpowiedzi. Dziennik "Washington Post", powołując się na źródła w Białym Domu, poinformował we wtorek, że prezydent USA George W. Bush chce wygłosić kolejne przemówienie po upłynięciu terminu ultimatum dla Saddama Husajna w środę wieczorem czasu waszyngtońskiego.
W wygłoszonym w poniedziałek wieczorem (02:00 czasu polskiego) orędziu do narodu amerykańskiego prezydent George Bush dał Saddamowi Husajnowi 48 godzin na opuszczenie Iraku, grożąc dyktatorowi użyciem siły.
W rejonie zbliżającego się konfliktu Amerykanie i Brytyjczycy posiadają już 280 tys. żołnierzy. Wojska USA na pustyni w Kuwejcie już w nocy z poniedziałku na wtorek przystąpiły do ostatnich przygotowań przed inwazją. Żołnierze pakowali namioty, ładowali sprzęt na ciężarówki, sprawdzali broń.
We wtorek rano opuścili Bagdad odwołani z Iraku inspektorzy rozbrojeniowi ONZ. 135-osobowa misja odleciała na Cypr na pokładzie samolotu Narodów Zjednoczonych. W ślad za nimi uda się około stu pracowników misji humanitarnych ONZ.
PK, PAP