IT bawcie się w domu

Karol Jedliński
opublikowano: 05-04-2006, 00:00

Kabli być może będzie mniej, bo zastąpi je proste gniazdko. Wydatków zaś musi być mniej, bo inaczej IT stanie się jedynie drogą zabawką.

„Puls Biznesu”: Wszędzie powtarza pan „IT Doesn’t Matter”. Czy w Polsce nie jest na to za wcześnie?

Nicolas G. Carr: Rzeczywiście, obserwacje i wnioski, które trzy lata temu zawarłem w moim artykule, a później w książce „Does IT Matter?” dotyczyły głównie Stanów Zjednoczonych i Europy Zachodniej. Co nie znaczy, że dla krajów takich jak Polska moje spostrzeżenia to literatura science fiction.

Polscy menedżerowie przekonują, że najpierw musi coś powstać, aby móc to zmieniać...

Tutejsze firmy są w większości na takim etapie inwestycji w IT, na jakim były w USA pięć lat temu. Ale to daje wam przewagę.

Możemy się uczyć na błędach?

Macie szansę przestawić swoje patrzenie na inwestycje w IT w taki sposób, aby nie wyrzucać pieniędzy w błoto. Badania przeprowadzone w Stanach pokazują, że połowa inwestycji w IT w ostatnich kilku latach była niepotrzebna lub nietrafiona.

Radzi pan więc, żeby zdystansować się wobec możliwości, jakie ponoć daje high-tech...

...i nie dać się złapać na obietnice wielu koncernów z branży komputerowej, że skoro wchodzi na rynek nowy procesor czy program, to „musicie go mieć”. To bzdura. Polacy powinni być bardzo sceptyczni, podejmując decyzję o dużych inwestycjach w nowe technologie.

Czyli nie ma co przebierać nogami, czekając na Windows Vista?

Trzeba mieć nowoczesną infrastrukturę IT, ale to ma być tylko pomoc w biznesie, a nie sposób na zdobycie przewagi konkurencyjnej. IT to środek do celu, a nie cel sam w sobie. No, chyba że ma się za dużo pieniędzy...

I wydaje się je na błyskotki?

Skoro firmy dobrze funkcjonują, korzystając z Windows NT — to po co im Vista? Podobnie jest z innymi rodzajami software’u i hardware’u. Myślenie o wydatkach na IT w kategorii pokazu mody to niebezpieczny precedens, który chwilami zmienia się w regułę.

W takich chwilach wkracza pojęcie technologii infrastrukturalnej.

Tak trzeba traktować IT, podobnie jak elektryczność czy telefonię. Wieki temu firma, która miała prąd czy telefon — zyskiwała ogromną przewagę nad konkurencją. Jednak wkrótce wszyscy je mieli i znów szanse się wyrównały. Tak jak teraz wszyscy mają serwery, bazy danych, arkusze kalkulacyjne, szybki internet czy tysiące innych rzeczy. Dla mnie to taka kolej XXI wieku.

Też czeka ją schyłek?

Nie schyłek, ale racjonalizacja. 150 lat temu, w Stanach, kto miał kolej, miał wszystko. Budowano stacje na potęgę, powstawały nowe miasta, fabryki. Po kilkudziesięciu latach większość torów zasypał piasek, bo kolej ostała się tam, gdzie była opłacalna. No i dostęp do niej mieli wszyscy, nie tylko jej pionierzy.

Skądś jednak wzięła się potęga General Electric, Forda czy e-Baya?

Oczywiście! Umiejętne wykorzystanie nowych technologii dało im rynkową przewagę. Podobnie było z internetem — jedynie kilka firm na świecie zbudowało na nim swoją potęgę na dłużej. Reszta — mimo szumnych zapowiedzi i wielkich oczekiwań — zniknęła. Internet stał się jedynie ułatwieniem w biznesie. Tak jak jest nim prąd czy telefon. Są wprawdzie nieliczne wyjątki — patenty, sekrety, ekskluzywne licencje, ale to tylko mała część IT.

Po boomie przyszedł czas na oszczędzanie?

Tak, choć przemysł IT też nieźle opanował np. to, że trudno obejść się bez udoskonalania oprogramowania, bo przestaje być kompatybilne. Firmy z branży komputerowej mają również tendencje do czegoś, co ja nazywam „overshooting”, czyli nadmiernego rozbudowywania funkcji programów czy technologii, które oferują. Rozsądny menedżer IT powinien wtedy zapytać siebie, po co ma płacić za coś, czego i tak nigdy nie będzie potrzebował.

Nożyczki poszły więc w ruch...

General Motors, głównie dzięki outsourcingowi i twardym negocjacjom cenowym, zmniejszył swój roczny budżet na IT o 800 mln dolarów. General Electric przerzucił się na Linuksa, co też pozwoliło na cięcia w wydatkach. Dodatkowo firmy wydają mniej na utrzymanie sieci, zwalniają ludzi, rzadziej uaktualniają systemy i współpracują ze sobą, przekazując sobie tzw. best practices.

Nadchodzi czas standaryzacji?

Standaryzacja jest już obecna na wielu poziomach IT. Pecet w każdej firmie ma co najwyżej inny kolor obudowy. Korzystamy z tego samego, jednego internetu. Przeciętnie w Stanach firmy wydają na IT 6 proc. swojego budżetu. Verizon wydaje jednak niecałe 4 proc. Nie trzeba być więc liderem w IT, by być liderem w swojej branży.

A zdarzyły się już jakieś spektakularne wpadki pionierów IT?

Niejedna. Dużo mówi się o McDonaldzie, który kilka lat temu ruszył z projektem mającym na celu wydanie miliarda dolarów na pełną automatykę ich punktów sprzedaży. Tak, aby w centrali natychmiast wiedzieli, co dzieje się w każdym z dziesiątek tysięcy fast foodów w ponad 100 krajach na świecie. Po wydaniu 170 mln dolarów zarzucili projekt. Nie przynosił on nic, oprócz strat.

Technologią można bawić się w domu. Sam mam sieć bezprzewodową, kilka komputerów i iPody. Ale kiedy przedsiębiorstwo zaczyna się niezdrowo podniecać IT, zwiastuje to klęskę.

A ludzi wciąż rozpalają wizje przyszłości, choćby z „Matriksa”.

Wzorem Stanisława Lema, trochę obawiam się postępu technologicznego. Szczególnie sztucznej inteligencji. Ale „Matriksa” nie oglądałem.

A co z piętnem standaryzacji?

To będzie się działo przede wszystkim na polu korporacyjnym. Kompanie komputerowe nie będą w stanie zarabiać tyle pieniędzy co dziś. Większość problemów będzie rozwiązywana przez superszybki internet. Pojawi się standardowe, dodatkowe gniazdko, tuż obok elektrycznego.

Nicolas G. Carr, futurysta, były redaktor naczelny „Harvard Business Review”

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Karol Jedliński

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu