Jak jesteś taki mądry, to zrób lepiej

30-08-2017, 22:00

Jak poznawać swoje miasto i się przy tym rozwijać? Wie to Andrzej Stelmasiewicz, który za własne pieniądze integruje społeczność Gdańska.

Chociaż nie jest — jak mówi — genetycznym gdańszczaninem (urodził się w Lublinie), po studiach został w Gdańsku i wrósł w to miasto głęboko. Można też zaryzykować stwierdzenie, że zapracował na trójmiejskie obywatelstwo.

Determinacja i organizacja.
Zobacz więcej

Determinacja i organizacja.

Jak tłumaczy Andrzej Stelmasiewicz, prowadzenie fundacji jest prawie jak prowadzenie biznesu — potrzebna jest determinacja i dobra organizacja pracy. Różnica polega na tym, że firma ma przynosić korzyści właścicielowi, a fundacja musi pozyskiwać pieniądze na realizację swojej misji. Ma dawać satysfakcję sponsorom i fundatorom, a nie przynosić im korzyści. Maciej moskwa/Testigo

Jest rozpoznawalny (szczególnie w Oliwie) nie tylko ze względu na charakterystyczną powierzchowność, ale i na to, co robi. Przy tym Andrzej Stelmasiewicz, szef spółki Aste (importer profesjonalnych kabli i osprzętu kablowego przede wszystkim dla producentów taboru szynowego) i założyciel fundacji Wspólnota Gdańska, to człowiek ponadprzecietnie „kontaktowy”, ruchliwy i pogodny. Może lepiej powiedzieć: optymistycznie nastawiony. Sam siebie nazywa naiwnym optymistą. Niełatwo go zatrzymać i równie trudno odwieść od powziętego zamiaru. Jego życiowa dewiza? Nie poddawaj się mimo przeszkód. Bądź konsekwentny, pracuj i nie zważaj na to, że ktoś inny się obija.

— W moim przypadku sprawdziło się założenie: nie zakładaj kolejnej firmy, kiedy słabo idzie, nie wycofuj się, tylko próbuj walczyć dalej. Mnie się to ostatecznie opłaciło — opowiada Andrzej Stelmasiewicz. Po 1989 r. założył jednoosobową firmę i walczył o jej utrzymanie. — Nazywam te lata czasem romantycznego kapitalizmu; nikt nic nie wiedział, nikt nic nie miał, a wszyscy zakładali firmy. I ja też — mówi. Podkreśla, że pieniądze nie są najważniejszym celem, raczej pożądanym efektem ubocznym dobrze wykonanej pracy. Ale przyznaje, że bez pieniędzy nie ma wolności.

Pieniądze na misję

Sponsorem fundacji Wspólnota Gdańska jest spółka Aste, założona w 1991 r. przez Andrzeja Stelmasiewicza, która co roku przekazuje fundacji miliony złotych. To stanowi 99,99 proc. wpływów do fundacji. Od 2016 r. Wspólnota Gdańska jest organizacją pożytku publicznego, co oznacza, że może otrzymywać np. wpływy z tzw. jednego procenta.

Śladem misiów

W czerwcu 2007 r. w Zurychu w Szwajcarii Andrzej Stelmasiewicz uczestniczył w międzynarodowym spotkaniu dystrybutorów jednego z dostawców okablowania. I to wtedy dojrzewała w nim decyzja o podjęciu działalności charytatywnej.

— W mieście rozstawiono kolorowe misie. Wszyscy robili sobie z nimi fotki. Pomyślałem: może by zrobić taką wystawę, która odwoływałaby się do symboli Gdańska. Drugi impuls był taki, że statystyczny Polak narzeka sobie przy stole, z rodziną. Postanowiłem więc, żeby zamiast narzekania coś zrobić. I trzecia sprawa, to swego rodzaju krytyka kapitalizmu, który patrzy na koszty finansowe, ale nie dostrzega innych. Dobrze to widać w działalności światowych korporacji, które za nic mają inne sprawy poza zyskiem. Mnie się to nie podoba, również jako przedsiębiorcy. Powiedziałem sobie: Jak jesteś taki mądry, to zrób lepiej — wspomina biznesmen. Po powrocie z Zurychu, zaczął — jak mówi — kombinować, „żeby rozwinąć się obywatelsko”.

Powołał fundację Wspólnota Gdańska. Jej misją jest wspieranie rozwoju społeczności lokalnych przez kulturę, sztukę i edukację oraz rozwijanie współpracy z partnerami w różnych miastach europejskich. Tak naprawdę chodzi jednak o Gdańsk, o Trójmiasto.Jak przekonuje Andrzej Stelmasiewicz, w lokalnej skali można coś zdziałać w małej grupie. — Zaczyna się od mojej ulicy, dzielnicy, miasta. Dopiero dalej jest naród, kraj, wielkie symbole, imponderabilia — mówi.

Coś pożytecznego

Pierwsze działania fundacji związane były z lwami (lwy trzymają tarczę herbu Gdańska). — Zastanawiałem się nad tym, co łączy gdańszczan bez względu na wiek i przekonania. Nie znalazłem nic, poza herbem. A już szczególnie o lwy nikt nie będzie kopii kruszył — śmieje się Andrzej Stelmasiewicz. Najpierw była wystawa lwów (inspirowana misiami z Zurychu). Pięć rzeźb, powielonych i ustawionych przy głównych ulicach miasta. Lwy są „przerabiane” na różne sposoby. A to konferencja, a to konkursy literackie, plastyczne, fotograficzne dla dzieci, rzeźby z piasku w Stogach.

— Później szukałem innych tematów. Jednego roku byli to wielcy gdańszczanie, którzy mieli zasługi dla świata. Wszyscy wiedzą o Heweliuszu, choć niektórym bardziej kojarzy się z piwem niż z astronomią, niektórzy wiedzą, że Fahrenheit urodził się w Gdańsku, Arthur Schopenhauer, Günter Grass... Ale Filip Kluwer? To kartograf, który pierwszy w XVII w. stworzył mapę Europy od Portugalii po Ural. Został uznany za twórcę granic współczesnej Europy — zapala się prezes Aste.

Podkreśla, że w działaniach fundacji ważna jest edukacja nieoczywista, nie podawana ex cathedra. Z dziewięciu jej stałych działań wymienia te, z których jest najbardziej dumny, np. Akademię Gdańskich Lwiątek. — Od dziesięciu lat co roku około siedmiu tysięcy dzieci odwiedza trójmiejskie muzea i inne przybytki kultury — informuje. Drugi pomysł zrodził się trzy lata temu: to Gdańska Akademia Przedszkolaków. Jej pierwszym działaniem było wspólne śpiewanie piosenek o Gdańsku.

— Organizujemy przeglądy piosenki. Wychodzą takie krasnoludki na scenę, serce rośnie, i śpiewają piosenki — rozpromienia się Andrzej Stelmasiewicz. Tylko że przy pierwszym przeglądzie okazało się, że nie mają czego śpiewać. Ogłosili więc konkurs na piosenki o Gdańsku. W pierwszej edycji dostali ich 16, w drugiej około 20. Wydali dwie edycje śpiewnika dla nauczycielek przedszkolnych i nauczania początkowego. Konkurs rzeźbiarski Rozdroża Wolności, który narodził się w 2009 r., służy natomiast propagowaniu rzeźby ulicznej. Mogą w nim uczestniczyć twórcy z całego świata i rzeczywiście przychodzą projekty z różnych miejsc. Owocami są dwie, trzy rzeźby rocznie ustawiane głównie w gdańskich parkach. Fundacja organizuje też Wigilię Oliwską — potrawy przynoszą miejscowi gastronomicy.

Przychodzi każdy, kto chce. Zawsze jest szopka z piasku, która budzi wielkie zainteresowanie. Inne działanie nazywa się Viva Oliva. Na jego czas zamyka się główną ulicę Oliwy i zaprasza wszystkich, którzy chcą pokazać, co mają ciekawego. Są też koncerty. Jak twierdzi prezes fundacji, przychodzą tłumy.

Szczególni ludzie

— Mamy w Gdańsku mnóstwo czynowników, zaangażowanych wariatów, za których jestem wdzięczny losowi. Na przykład Ewa Kowalska — wyjątkowa postać — prowadzi iBedeker: blog miejski dla miłośników Gdańska, przewodników i turystów.

Stworzyła zespół edukatorów, którzy chodzą do przedszkoli i w formie zabawy uczą dzieciaki o Gdańsku. Gdańska Akademia Przedszkolaków ma więc dwa moduły — śpiewanie i zajęcia w przedszkolach — mówi Andrzej Stelmasiewicz. Opowiada też o Adrianie Majdzińskiej, rzeźbiarce, rysowniczce, pedagogu Akademii Sztuk Pięknych, i Czesławie Podleśnym, rzeźbiarzu.

— Mieli pracownię w budynku przy ulicy Wiosny Ludów 4, który przed wojną był największą gdańską piekarnią. Kupił go przedsiębiorca z Gdyni. Przyszli do mnie, żebym pogadał z nowym właścicielem, by użyczył go fundacji. Poszliśmy razem, użyczył — powstała Przestrzeń Sztuki WL4. Jest tam trzydzieści pracowni, głównie sztuk wizualnych, działa teatr Błękitna Sukienka i zespół Sautrus, a do tego są trzy sale wystawiennicze. WL4 działa od listopada 2014 r. Nie wykorzystuje ani grosza z pieniędzy publicznych — opisuje biznesmen.

W lokalnej skali

Andrzej Stelmasiewicz przekonuje, że nie jest stworzony do wielkich biznesów i także bardziej nadaje się do lokalnych przedsięwzięć. — Bardziej mam naturę budowniczego niż rewolucjonisty. Nie mam też ambicji politycznych. Wolę pracować „na dole”, gdzie życie jest bardziej prawdziwe. Jeśli można coś zrobić lokalnie, z ludźmi i blisko ludzi, to jestem pierwszy — twierdzi. Zauważył, że działania fundacji są na ogół dobrze przyjmowane przez trójmiejską społeczność, ale to bardziej przyjazne kibicowanie, a nie aktywność.

— Ale ja jestem długodystansowcem, kiedyś byłem reprezentantem Polski w biegach średnich, i mam nadzieję, że krok po kroku będzie się to zmieniać w realne zaangażowanie — mówi przedsiębiorca. Tę nadzieję wiąże też z inwestycją w Oliwski Ratusz Kultury — odremontowaną za własne pieniądze kamienicą, w której powstaje centrum integracji społecznej i kultury, restauracja bazującą na lokalnych produktach i hostel. Otwarcie we wrześniu. Andrzej Stelmasiewicz i jego żona mają dwie córki i dwóch „synków” (tak nazywa zięciów), czworo wnucząt, z których dwoje ujrzy świat we wrześniu. — Jestem szczęśliwym facetem — podsumowuje z uśmiechem. &

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: DANUTA HERNIK

Być może zainteresuje Cię też:

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

/ Jak jesteś taki mądry, to zrób lepiej