Jak podpalić żyrafę

opublikowano: 25-09-2017, 22:00

Surrealizm nie musi być tak drogi jak opatrzone dzieło Dalego i można to przyjąć. Paranoja zaczyna się dopiero od wizji 300 proc. zwrotu

ALTERNATYWNE

„Jestem echo” Erny Rosenstein licytowany był we wrześniu w Rempeksie.
Zobacz więcej

„Jestem echo” Erny Rosenstein licytowany był we wrześniu w Rempeksie. [FOT. REMPEX]

Nie da się zrobić tak, żeby żyrafom zamiast grzywy w naturalny sposób sterczały pomarańczowe płomyczki, tak jak niczego nie udałoby się ukryć we własnej nodze, bo nikt nie wysuwa sobie z uda szufladki sekretarzyka.

Dzięki tym ograniczeniom surrealizm jest wyjątkowo prosty do wytłumaczenia — kiedy patrzymy na „Płonącą żyrafę”, nie mamy wątpliwości, że autor z zadartym wąsem nie malował sceny, którą widział naprawdę. Takie wrażenie można odnieść nie tylko przed gładko malowanym obrazem Dalego, bo zanim wybuchła wojna, surrealiści zawiązali stosunkowo silne grono, które przez dziesiątki lat oddziaływało na szeroki krąg artystów.

Czasem jakiemuś młodemu absolwentowi plastycznej szkoły wystarczyło już zetknięcie z którąś z tych nierzeczywistych wizji, żeby zarazić się surrealizmem na całe życie. Ślad po tym zetknięciu widać chociażby w dorobku Erny Rosenstein, której kolaż wystawiony zostanie na najbliżej aukcji Rempeksu z ceną wywoławczą 10 tys. zł. Ma tytuł „Jestem echo”. Bardzo słusznie.

Nadgorliwość w statystyce

Artystę, który nie tworzył danego nurtu od podstaw, ale przyjął jego język, czasem z rozpędu nazywa się jego przedstawicielem, a czasem nie. Erna Rosenstein rozwiązała ten problem za nas, bo nie przedstawiała się jako surrealistka, mimo że wymyślanie jakiegoś nowego określenia dla jej baśniowego malarstwa byłoby zwykłym mądrowaniem. Kiedy patrzymy na te dziwaczne, skłębione przestrzenie — z żółtym okiem zamiast słońca albo niebieskim słońcem w roli oka — czytamy je tak samo jak senne obrazy Dalego, Ernsta czy Miró.

Kiedy przymierzamy się jednak do zakupu, rachunek jest znacznie mniej oderwany od realiów, bo sprowadza się do ułamka wartości płaconych na rynku światowym. Grafikę Joana Miró można mieć co prawda za 280 EUR, ale jeszcze w czerwcu inna praca na papierze z jego sygnaturą — „Kobieta i ptak” — została wylicytowana do 21,7 mln GBP (105,3 mln zł). Rekord za obraz Erny Rosenstein „Jezioro ognia” padł w maju i podniósł na jej rynku poprzeczkę do 220 tys. zł — co naturalnie przełożyło się na poziom średniej ceny, prawdziwy smakołyk dla zagorzałego analityka.

W ubiegłym roku przeciętna wartość wylicytowanej pracy malarki wynosiła 8,5 tys. zł, a w tym to już 284 proc. więcej, a więc prawie 33 tys. zł — można byłoby obwieścić, gdyby nie zbyt skromna podaż, czyli dokładnie 10 dzieł. Prostszy rysunek autorki albo mniejszą pracę na papierze da się kupić poniżej 5 tys. zł, natomiast bogatsze kłębowiska kształtów na płótnie miały w tym roku ceny i kilkunastu tysięcy złotych, i 45 tys. zł, i powyżej 200 tys. zł. Gdyby je pomieszać — ubezpieczane na dziesiątki milionów dolarów prace Miró z obrazami Erny Rosenstein — mielibyśmy przykładowy koktajl: „Niebo bardzo ciężkie”, „Pies szczekający do księżyca”, „Człowiek rzucający kamieniem w ptaka”, „Pali się cisza”. Zadanie z serii: znajdź różnicę w poetyce.

Karmienie kamienia

Joan Miró zaczął jeszcze przyziemnie i z godną perspektywą, ale po dwóch latach pracy księgowego załamał się psychicznie. Erna Rosenstein — młodsza siostra austriackiego ekonomisty o tym samym nazwisku — nie podzielała aż tak zainteresowania modelem przewagi komparatywnej i od początku postanowiła trudnić się swoją osobliwą poezją i sztuką. Osobliwą i osobistą, co można samemu zauważyć, przyglądając się bliżej wystawionej na środową aukcję pracy „Jestem echo”.

Nie jest to surrealizm mierzony ilością płonących żyraf czy gęstością rozszczepiających się figur, tylko obiekt z zupełnie innej serii, w której autorka zatrzymywała w pewnym sensie codzienne drobiazgi na zawsze. Widać, że w samym środku przykleiła na płycie kluczyk, a po bokach rozdarty papier, skrawek tkaniny, może oderwany tył jakiejś małej okładki. Przyczepiała tak różne haczyki, pudełka po byle czym, guziki, szmatki — a to w końcu znany gest śmiałych dadaistów, policzek dla nieuważnych widzów, którzy nie zdają sobie sprawy z wagi wyboru artysty. Jak twórca wybierze pisuar i uzna go w nienaruszonej formie za fontannę, to pisuar będzie „Fontanną” — jest nią zresztą i dzisiaj, bo dzieło Duchampa prezentuje się w szklanej gablocie paryskiego muzeum.

Czy Erna Rosenstein też tak walczyła, dumna z pozycji kreatora, który samym swoim wyborem uczyni obiekt artystyczny z paprocha? Niekoniecznie. Mówiła: przyleciało, zaczepiło się o ścianę, świeci swoim światłem z odrobiną farby. Kluczyka i potarganych kartek nie przyklejono do tej pracy gestem manifestującym ani bezczelnym, tylko trochę jako ślad codziennego życia, który — nietrwały i niewiele wart — z pewnością nie ocalałby inaczej. Jak u Bronki Nowickiej w „Nakarmić kamień”, gdy z majątku po dziadku zachować trzeba było przede wszystkim grzebień.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Weronika Kosmala

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Puls Inwestora / Jak podpalić żyrafę