Możemy pozazdrościć Japończykom. Gdy pandemia zamknęła ich w domach, mieli od kogo uczyć się życia w samotności. Mistrzostwo w tej sztuce osiągnęli hikikomori — ludzie, którzy nigdy nie opuszczają swoich pokoi. W liczącej 126,5 mln populacji jest ponad milion „wycofanych”. Przez lata uważani za bezużytecznych outsiderów z problemami społecznymi, ostatnio zdobyli status ekspertów i szafują radami, jak przetrwać długie odosobnienie.

W Polsce wiele firm odgraża się, że kończy z pracą zdalną. Nie zmienia to faktu, że z biurami będziemy w coraz luźniejszym związku. Najwyższa pora zaprzyjaźnić się z przynajmniej częściową (lub okresową) izolacją. Jak to zrobić skutecznie? Tego nie powiedzą nam hikikomori, bo są u nas rzadkością. Zawsze można jednak liczyć na wskazówki menedżerów, psychologów i specjalistów HR.
Sztuka bezruchu
Krzysztof Inglot, szef agencji rekrutacyjnej Personnel Service (PS), nie ma złudzeń: praca na odległość jest dużym wyzwaniem. Zwłaszcza dla tych z nas, którzy wcześniej jej nie znali. Wielu narzeka na utratę równowagi między życiem prywatnym a zawodowym. Szala przechyla się na stronę pracy, której poświęcamy coraz więcej czasu. Obserwację prezesa PS potwierdza sondaż firmy doradczej CBRE: nasz biologiczny zegar się rozstroilł i zatraciliśmy biblijne przekonanie, że „jest wyznaczona godzina na wszystkie sprawy pod niebem”. W domu niemal trzy osoby na cztery pracują o zupełnie innych porach niż w biurze, a co trzecia ma wrażenie, że ciągle jest w pracy. Mnóstwo ludzi narzeka, że nie umiemy się zatrzymać i powiedzieć sobie „dość”. Jak temu zaradzić?
— Trzeba wydzielić przestrzeń na pracę i planować każdy dzień. Miejsce zarezerwowane na biuro powinno być wyraźnie oddzielone od strefy odpoczynku. Róbmy sobie przerwy, nawet wtedy, gdy się wydaje, że wpadliśmy w trans produktywności. I pamiętajmy, by od czasu do czasu wstać od komputera — podpowiada Krzysztof Inglot.
W podobne tony uderza Julia Izmałkowa, propagatorka psychologii i zarządzająca agencją badawczą Izmałkowa. Jej zdaniem tajemnica sukcesu tkwi w rutynie, czyli w stałych rytuałach i nawykach. Dopóki ich nie stworzymy, pory dnia będą się nam zlewać, a środy nie odróżnimy od piątku.
— Rutyna chroni nas przed chaosem i przypadkiem. Już nie musimy się zastanawiać, co kiedy robić. Powtarzalne czynności. Pobudka, kawa, biznesowy webinar, a po południu czytanie, spacer z psem, kolacja we dwoje, telefon do przyjaciela. Wszystko w swoim czasie, z góry ustalone. Tak zyskujemy poczucie kontroli, sprawstwa — tłumaczy Julia Izmałkowa.
Utarło się przekonanie, że home office jest wyzwaniem głównie dla ekstrawertyków, którzy nie znoszą monotonii, zamknięcia i braku kontaktów społecznych. Podobno introwertycy czują się w tzw. nowej normalności jak ryba w wodzie. Prawda jest nieco bardziej złożona.
„Całe nieszczęście człowieka pochodzi stąd, że nie umie on siedzieć w swoim pokoju sam” — głosił XVII-wieczny filozof Blaise Pascal.
Pod jego słowami podpisaliby się zarówno japońscy hikikomori, jak i wszyscy introwertycy na świecie, którym COVID-19 podarował upragnioną prywatność i bezruch. Ale czy rzeczywiście są one dla nich takim luksusem?
— Wbrew powszechnej intuicji i memom pandemia tylko na początku była rajem dla introwertyków, bo introwertycy to nie są ludzie, którzy nie lubią ludzi — tylko tacy, którzy lubią ich w mniejszej ilości. Podobnie jak ekstrawertycy są stworzeni do relacji — wyjaśnia Julia Izmałkowa.
Introwertykom — dodaje — gorzej idzie nawiązywanie i utrzymywanie znajomości. Niemniej wcześniej wcale im to nie przeszkadzało. Dopiero w okresie lockdownu zauważyli w tym problem.
— Również dla osób nieśmiałych i mało towarzyskich jest to bardzo trudny czas, bo zamiast ograniczać kontakty, muszą o nie zabiegać. Postępują na przekór swojej naturze, co wiąże się z dużym wysiłkiem emocjonalnym i stresem — argumentuje badaczka.
Jedni potrzebują większej stymulacji społecznej, inni mniejszej. Ale brak jakiegokolwiek towarzystwa byłby torturą.
— Pandemia odcięła nas od czegoś, co wielu uważało za zbędne: codziennych interakcji z ludźmi. Uwierzyliśmy, że wystarczy technologia. Ale to złudzenie. Nic nie zastąpi rozmowy przy kawie lub na korytarzu — uważa Julia Izmałkowa.
To nie znaczy, że należy unikać Skype’a. Lepszy wirtualny kontakt niż żaden. Ale dlaczego nie spotkać się z koleżanką z pracy na lunchu?
Bądź częścią wspólnoty
Zachowały się dzienniki pierwszych osadników w Ameryce. Dziesiątkowały ich choroby, złe warunki pogodowe, głód i ataki Indian. Czy ocaleli głównie młodzi, zdrowi mężczyźni? Bynajmniej. Przeżyli ci, którzy wędrowali z przyjaciółmi i rodziną — delikatne dzieci i chorowite staruszki. Ta należąca do amerykańskiego mitu historia dowodzi, że w trudnych chwilach najlepiej trzymać się razem.
— Pandemia jest szczególnie stresująca dla osób samotnych i singli. Zostali bez towarzystwa, bo ich znajomi z dziećmi muszą godzić obowiązki zawodowe z rodzicielstwem, co wymaga dużo czasu, energii i koncentracji. To dobry moment na odnowienie więzi z dawno nie odwiedzaną siostrą czy dalekim kuzynem. Nieraz wystarczy telefon czy krótka wizyta, by poczuć się lżej — przekonuje Julia Izmałkowa.
Tylko spokój nas może uratować. Dla Anny Sarnackiej-Smith, trenerki biznesu, te słowa są mantrą, którą powtarza sobie w sytuacjach kryzysowych. Zrobiła kiedyś kurs resuscytacji. Cieszy się nie tylko z tego, że zdobyła umiejętność udzielania pomocy. Szkolenie to nauczyło ją czegoś, co pomaga jej w codzienności zawodowej: chcesz przetrwać (a na dodatek być wsparciem dla innych), musisz zachować zimną krew, cokolwiek dzieje się w gospodarce, na rynku pracy i w twojej karierze.
— Zachowaj spokój? Łatwiej powiedzieć, niż zrobić. Kto jest jednak zorganizowany, troszczy się o swoje zdrowie, ten efektywniej zarządza swoimi emocjami. Ale w pionie trzymają nas przede wszystkim osoby, na które możemy liczyć i za które jesteśmy odpowiedzialni — podkreśla Anna Sarnacka-Smith.
Najlepszą szczepionką na samotność jest według niej przekonanie, że stanowimy część wspólnoty. A skoro tak, hikikomori są ostatnimi ludźmi, którzy nadaliby się na naszych przewodników w trudnym okresie pandemii.