Jak współżyć z dziełem sztuki

Weronika A. Kosmala
opublikowano: 26-08-2019, 22:00

Wtorkowy anons brzmiałby: niepalący inwestor chętnie pozna sztukę rozpalającą wzrok, młodą, ale zrozumiałą. Abstrakcję, skracając.

Niepoważny kontekst kącika matrymonialnych ogłoszeń być może urągałby głębi i powadze samego malarstwa, ale usprawiedliwia go na wstępie zdrowy, choć nieporadny popyt. W obliczu sztuki abstrakcyjnej — i niedoszacowanej jeszcze na rynku — apetyt na inwestowanie miesza się gorączkowo z obawą i nadciśnieniem pytań: czy ten pęk kolorowych kresek może być czymś łatwym, czy znów okaże się tęgą refleksją nad metafizyką, ubraną w męczące wywody muzealników.

Rozświetlone malarstwo Apoloniusza Węgłowskiego stanowi przykład
dojrzałego dorobku, który właśnie odkrywany jest przez kolekcjonerów — aukcyjne
bazy notują zaledwie kilka notowań, a galeryjne ceny są bliskie progu 20 tys.
zł.
Zobacz więcej

RACHUNEK ZA ŚWIATŁO:

Rozświetlone malarstwo Apoloniusza Węgłowskiego stanowi przykład dojrzałego dorobku, który właśnie odkrywany jest przez kolekcjonerów — aukcyjne bazy notują zaledwie kilka notowań, a galeryjne ceny są bliskie progu 20 tys. zł. Fot. ARC

Rozwiązanie tej rozterki czeka być może w okolicach stacji Warszawa Centralna, bo w nieodległym domu aukcyjnym do końca sierpnia potrwa wystawa malarstwa Apoloniusza Węgłowskiego — abstrakcji świetlistej i śmiało odpowiadającej na prasowy anons.

Mariaż z awangardą

Głębsza relacja z dziełem — jak na długoterminową inwestycję przystało — powinna rozpocząć się podręcznikowym zauroczeniem i tym razem nietrudno o ten typ wrażeń, bo wystawiana w Librze abstrakcja jest niewątpliwie bogata: kolorystycznie żywa, mieniąca się punktami soczystych plamek, połyskująca fragmentami jak powyginane płachty blachy.

Czy nie można na tym poprzestać, bo w dobrym tonie jest wysnuwanie ze sztuki rozdętej interpretacji? Nie do końca, bo malarstwo prof. Węgłowskiego, owszem, otwiera przed odbiorcą swoją tajemniczo niewypowiedzianą duchowość, ale daje się też opisać czytelną obserwacją: artysta pokazał na obrazie wewnętrzne światło. Wewnętrzne, choć nie rodem z tomiku poezji na jesień, tylko dosłownie — jakby promieniujące ze środka dzieła, przebijające się przez warstwy farby zza płótna i ściany. Emanują nim wysokorozciągające się prace z lat 80-90, a nawet z dekady bieżącej, dzięki czemu wystawa rodzi w głowie pytanie, czy mowa właściwie o sztuce najnowszej, czy może dojrzałej albo w ogóle godzącej sprzeczności bez najmniejszego zawahania.

— Sztuka prof. Węgłowskiego kontynuuje, moim zdaniem, pewne wątki rozpoczęte przez awangardę w połowie XX wieku i w tym sensie jest tradycyjna — patrzymy przecież na obrazy bardzo współczesne, a w niczym niepodobne np. do prac Wilhelma Sasnala czy autorów definiujących stylistykę najnowszą. Jeśli przeprowadzilibyśmyankietę wśród kolekcjonerów, datowaliby te dzieła prawdopodobnie na lata 70. czy pierwszą połowę lat 80. — komentuje Jan Grochola z warszawskiej Libry, pokazując na wystawie, że malarstwo wprawnie oszukiwać może nie tylko zegary, ale również zbyt rozleniwione gałki.

251dc9e0-90f6-11e9-bc42-526af7764f64
To musisz wiedzieć dziś rano
Codzienny newsletter z najważniejszymi informacjami dla inwestorów.
ZAPISZ MNIE
To musisz wiedzieć dziś rano
autor: Kamil Zatoński
Wysyłany codziennie
Kamil Zatoński
Codzienny newsletter z najważniejszymi informacjami dla inwestorów.
ZAPISZ MNIE

Administratorem Pani/a danych osobowych będzie Bonnier Business (Polska) Sp. z o. o. (dalej: my). Adres: ul. Kijowska 1, 03-738 Warszawa.

Kliknij w link w wiadomości, aby potwierdzić subskrypcję newslettera.
Jeżeli nie otrzymasz wiadomości w ciągu kilku minut, prosimy o sprawdzenie folderu SPAM.

Przyjdzie na to czas

Nie gubiąc uczuciowej natury inwestycji w sztukę, warto nadmienić, że zbliżanie się do tradycyjno-nowoczesnej twórczości powinno odbywać się niezbyt nachalnymi krokami. Malarstwo Apoloniusza Węgłowskiego najtrafniej odbiera się metodą typową dla sztuki optycznej, czyli zwodzącej gałki oczne niuansami nieuchwytnymi z oddali.

— Kiedy zbliżamy się do płótna i oddalamy, zmienia się też postrzeganie, co na obrazie jest bliżej, a co dalej; pojawiają się struktury, a widziana z dystansu kilku kroków biel z bliska okazuje się całą gamą cieniutkich pastelowych linii w odcieniach złamanych zielenią, błękitem czy różem — komentuje Jan Grochola, zwracając uwagę na łagodną grę z łudzącym wzrok op-artem.

Przyglądając się wystawionym pracom zbyt powierzchownie, nie dostrzeżemy najpewniej, że artysta nie zamalowywał całych połaci czernią, tylko stopniował odcienie na tyle delikatnie, żeby nie zgasły w bezdennym mroku, a jedynie pozornie stapiały się w cienistą plamę. Mimo że wielokrotnie wystawiany dorobek Apoloniusza Węgłowskiego na rynku czeka dopiero szersze odkrycie, ciągnące się przez całe płótna snopy kolorów przywołują na myśl recenzję pasiastej wystawy Gerharda Richtera, niemieckiego abstrakcjonisty słynącego z aukcyjnych notowań w dziesiątkach milionów euro.

„Trudno byłoby mi przypomnieć sobie inną tak ważną sztukę, która wymagałaby od odbiorcy tak niewielkiego udziału wytężonej wyobraźni” — pisał o ciągnących się przez całe obrazy prążkach Peter Schjeldahl, krytyk „New Yorkera”.

Malarstwo Apoloniusza Węgłowskiego wyceniane jest obecnie w okolicach progu 20 tys. zł, ale również pozwala ująć się tymi słowami, mimo że kompozycyjnie oferuje znacznie więcej od rozległych płócien Richtera. Mowa wyłącznie o tym, że zachwyt nad tego typu dziełami wcale nie musi być wypowiedziany wymyślnymi sformułowaniami, bo pod tym względem rynek sztuki wykazuje stosunkowo silną korelację z naturą miłości — o ile ekonomia behawioralna nie brzmi dostatecznie słodko.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Weronika A. Kosmala

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu