Jedni mówią, że to cienki interes, inni, że stosunkowo pewny. Tyle dowcipasy. Wiadomo jedno: Unimil nie pęka i skutecznie zatruwa życie konkurencji
— Na początku były maski gazowe... Potem dopiero ktoś wpadł na pomysł, by — prócz nich — robić także prezerwatywy. No i robili — te „słynne” Erosy. Słynne, bo wówczas jedyne w kraju. Legendy krążyły o ich jakości... To było w czasach Stomilu Kraków — mówi Krzysztof Oraczewski, w Unimilu z obca nazwany national account managerem.
Jedziemy do zakładów w Dobczycach, kilkanaście kilometrów od biura firmy w Krakowie.
— Potem pojawił się Unimil. Właściwie przypadkiem. Stomil zbankrutował, ale wcześniej kupił od Universalu nowoczesną i drogą linię do produkcji prezerwatyw. Nie miał czym zapłacić, więc Universal zawiązał spółkę, która wykorzystałaby jakoś tę maszynę. I tak w 1990 roku powstał Unimil. Początki? Niezbyt różowe. Kiedy za pierwsze zarobione pieniądze zakupiono dostawczego żuka — to świętowała cała załoga. Zakład powstał kilkanaście kilometrów od Krakowa, bo księgowi wyliczyli, że tylko tam stać nas będzie na postawienie niedużej hali produkcyjnej. Jesienią 1994 r. rozpoczęła się budowa w Dobczycach. I dobrze, bo dzięki niej Unimil zwiększył produkcje o połowę — opowiada rzeczowo Oraczewski.
Dobczyce. „Nieduża hala” to spory zakład o nowoczesnym wyglądzie. Wewnątrz — niby w instytucie jądrowym: wszyscy w zielonych kitlach, niektórzy w maskach.
W pralce
— Niełatwo zrobić dobrą prezerwatywę. Musi być cienka, ale bardzo wytrzymała. Do naszej można wlać nawet 40 l wody. Nie pęknie! Światowe normy mówią o 16 litrach — mówi Jerzy Klaper, dyrektor ds. produkcji, zakładając zielony fartuch.
Przed wejściem na produkcję wdziewa go każdy. Wyglądamy jak para naukowców. Wędrujemy przez labirynt pomieszczeń.
— Wszystko zaczyna się gdzieś w Indonezji, na plantacji kauczuku. Do produkcji prezerwatyw używa się najlepszego gatunkowo, a ten — jak słyszymy — zbierany jest w nocy między północą a drugą. Być może dlatego, że kauczuk jest bardzo na światło czuły. Im go więcej, tym właściwości się zmieniają. Potem płynie statkiem do Hamburga, skąd cysterną przyjeżdża do nas. Z tą cysterną to mogą być hece, bo wystarczy, że wcześniej wiozła coś innego i kierowca nie wymył jej jak należy... I ładunek nic już niewart! Kiedyś całą dostawę musieliśmy sprzedać producentowi butów: sama cysterna błyszczała jak złoto, ale na zaworach zostało trochę płynu hamulcowego, który przewoziła wcześniej i gumki pękały... Na szczęście podczas kontroli jakości, a nie u klienta. Unimil nie pęka! — sypie opowieściami przewodnik.
W niedużym pomieszczeniu z czterema maszynami huk jak w czołgu.
— Młynki kulowe tak dudnią. Mieszają tzw. dyspersję — czyli: siarkę, ultraprzyspieszacze, katalizator. Powstaje błotko, które — po dodaniu do lateksu — sprawi, że ten przez 10-15 minut będzie mieć właściwości rozciągliwej, przezroczystej gumy. W przeciwnym razie prezerwatywy trzeba by strugać — śmieje się Klaper.
Teraz kolej na magazyn z 4 zbiornikami z nierdzewnej stali. Z deszczu pod rynnę: tam huczało, tu śmierdzi jak nieszczęście. Amoniakiem. Przewodnik ma chyba zatyczki w nosie, bo nie robi to na nim żadnego wrażenia.
— Każdy zbiornik mieści 6 t kauczuku, czyli jedną cysternę. Są ze specjalnej stali, bo kauczuk jest tak alkaliczny, że nie tylko skórę potrafi wypalić, ale i niejeden rodzaj blachy. A amoniak jest po to, by lateks nie stwardniał — tłumaczy Klaper.
Stąd — pompą — gumę tłoczy się do zbiornika, do którego również trafia błotko z młynków. Powstaje lateksowy melanż nieustannie mieszany przez dobę w płaszczu termostatującym (czyli utrzymuje stałą temperaturę). Potem to, co wyjdzie, trafia do jednego z 10 zbiorników. Każdy z nich wędruje do pomieszczenia zwanego dojrzewalnią. Mieszanka leżakuje 10-14 dni, zanim trafi do produkcji finalnego wyrobu.
— I nie daj Boże, by została dłużej, bo wtedy wszystko trafi na wysypisko. Guma się skoaguluje, czyli zamieni się w blok twardy jak kamień — dodaje Klaper.
Lateksowa mieszanka — rurociągami wpuszczonymi w podłogę — trafia do pierwszej z 3 hal produkcyjnych. To serce fabryki. I znowu huk jak w hucie. W wąskiej hali stoi najdroższa maszyna — długi na 35 m wyciąg, z tysiącem szklanych form w kształcie penisa. Co sekundę zanurzają się w mleczku lateksowym i — po przejściu przez komorę osuszania — tworzą pierwszą warstwę przyszłej prezerwatywy, cienką na 0,03 mm. Po chwili znowu zanurzają się w płynnej gumie, schną i ponownie nurzają się w lateksie. Gołym okiem tego nie widać, ale typowa prezerwatywa składa się z trzech warstw lateksu. Na końcu wyciągu fikuśnie pochylona szczotka powoduje częściowe zawinięcie gumy na formie, dzięki czemu później produkt jest łatwy do zwijania. Jeszcze kąpiel w wodzie — i towar ląduje w pojemniku, który trafia do innej hali. A wszystko w szpitalnej czystości. Te formy mogą być gładkie albo prążkowane, kropkowane, karbowane, z przewężeniem anatomicznym: co sobie klient zażyczy.
— Teraz to tylko z wyglądu przypomina prezerwatywę, ale nie nadaje się do nałożenia, dlatego trzeba ją pudrować — tłumaczy Klaper i prowadzi do pomieszczenia, gdzie gumki kąpią się w papce z tlenkiem magnezu, skrobii kukurydzianej i polietylenu. To pudrowanie na mokro. Stąd „towar” trafia do… pralek.
— Tak prezerwatywy schną — w temperaturze 100 stopni, pozbywają się nadmiaru pudru i z pralki trafiają do kosza. Ale to połowa procesu produkcji, bo teraz zaczyna się najważniejsze. Badania jakościowe, pierwsze badania statystyczne — kontynuuje Klaper.
W hali testowania elektronicznego — znowu zgiełk. I ciekawy widok. 7 niedużych automatów, a przed nimi pracownice nakładające gumki na elektrody, które chowają się wewnątrz maszyn, by po chwili wypluć zrolowaną gumkę do jednego z dwóch koszy: białego, gdy wszystko gra, lub czerwonego, gdy coś nie w porządku.
— Maszyna jest mądra i wie, czy gumka jest wystarczająco wytrzymała. Gołym okiem wszystkiego nie da się sprawdzić — tłumaczy Klaper.
Mnie jednak oko nie myli. Przy jednym ze stanowisk czerwony kosz jest pełen do połowy, a w białym ledwo widać dno.
— Nie pan pierwszy to zauważył... Czasem jak tu przyprowadzam VIP-ów, też z niepokojem pytają, czy wszystko jest w porządku. Ten czerwony stoi tu od początku zmiany, a biały już był 7-8 razy opróżniany — uspokaja Klaper. Oby im się kiedyś nie pomyliło, bo wtedy kaplica...
Pracujące tu dziewczyny są jak roboty — wpatrzone w wyskakujący z maszyny, co kilka sekund nowy bolec, na który nakładają gumkę, sięgają po następną, i znowu nakładają. Non stop: gumka, bolec, gumka, bolec... Nuda!
— Tu same kobiety pracują. Są cierpliwe. Jaki facet wytrzymałby taką monotonię? — zauważa Klaper.
I już ciągnie mnie dalej — po chwili jesteśmy w laboratorium. Błoga cisza.
— Z każdej partii kilka gumek trafia tu na ponowny, lecz bardziej wysublimowany test jakości — tłumaczy, wskazując na urządzenie, z którego zwisa 10 wypełnionych płynem prezerwatyw.
— Proszę wziąć jedną do ręki i nakłuć — Klaper zwraca się do pracownicy, która delikatnie nakłuwa napęczniałą od wody prezerwatywę. I dodaje:
— Zanurzamy je w elektrolicie i sprawdzamy, czy jest przepływ prądu elektrolitycznego. Jeżeli nie — znaczy, że test wyszedł pozytywnie — mówi pracownica, wyrzucając dziurawą gumkę do kosza. 2 procent wyprodukowanych tu prezerwatyw kończy w ten sam sposób po testach zniszczeniowych.
— Teraz pokażę panu test, polegający na dmuchaniu prezerwatywy. Norma mówi, że musi wytrzymać ciśnienie 1 kilopascala. I nie powinna pęknąć po nalaniu 18 l wody — objaśnia Klaper, wskazując na oszkloną klatkę z dwoma gumkami na rurce.
Coś włącza i po chwili do jednej z gumek leci powietrze, ta wydłuża się do coraz bardziej monstrualnych rozmiarów: przypomina już bakłażana; sekunda, dwie, trzy — już można by w niej zmieścić tygodniowe zakupy. Nagle huk, pękła! Wskaźnik pokazuje 36 l. 200 proc. normy!
— Teraz czas na wykańczalnię. Proszę się nie bać... — żartuje Klaper i wiedzie do niewielkiej hali, gdzie gumki nasącza się różnymi substancjami i pakuje.
Przy długiej taśmie znowu same panie. Zrolowane prezerwatywy umieszczają na taśmie, gdzie automatycznie wstrzykuje się w nie różne substancje, plemnikobójcze, nawilżające, zapachowe, a potem już gotowe produkty lokuje w kolorowych kartonikach.
— Panie mają zręczne place. Mnie się ledwo udaje — mówi Klaper.
Nieco dalej kilka dziewczyn ręcznie pakuje pojedyncze paczki do większych opakowań — te o kształcie anatomicznym do różowych, inne — do wiśniowych; te z wypustkami lądują w brązowych z wizerunkiem fajerwerków, a pudrowane „newcaresy” do „trójki” z „blondynką”. Potem już w kartony i do magazynu centralnego.
— To co, teraz na kawę do prezesa? — rzuca Oraczewski, pomagając mi zdjąć szpitalny kitel.
Fizyk z filozofią
Gdyby prezes Unimilu Grzegorz Winogradski uprawiał marchewkę, okrzyknięto by go królem marchewki, gdyby produkował śrubki — królem śrubek, a że produkuje prezerwatywy — woli o sobie mówić „fizyk z filozofią”. Bo z wykształcenia jest fizykiem, a z zamiłowania — filozofem nauki. O internecie też może gadać godzinami, to jego pasja.
Trudno jednak o drugiego takiego filozofa, który wymyśliłby pierwszą i jedyną na świecie prezerwatywę z… seksometrem.
— To było w czasach, zanim przyszedłem do Unimilu, gdy jeszcze prowadziłem własną firmę Proimpex. Na opakowaniu prezerwatywy był umieszczony ciekły kryształ, który — pod wpływem temperatury kciuka — po 10 sekundach określał stan emocjonalny człowieka i albo zmieniał kolor na granatowy — co znaczyło „tak” — czyli gotowość seksualną — albo na kolor zielony, który oznacza „nie teraz”, lub pozostawał czarny, czyli bez zmian. Wtedy sprowadzaliśmy tanie kondomy z Korei Południowej. Gdy skończyła się gospodarka centralnie sterowana, zainwestowałem w prezerwatywy pod własną marką Conamore. Gdy Condomi weszło do Polski, zaproponowało mi, że odkupi tę markę i dorzuci posadę prezesa Unimilu, w którym wykupiła 75 proc. udziałów. I tak się zaczęła przygoda z Unimilem — mówi Winogradski.
Winogradski nie dodaje, że cztery lata temu, gdy przyszedł do Unimilu, firma była jedynie największym (bo jedynym) producentem prezerwatyw w kraju, dziś — w Europie. Gdy zaczynał, udział przedsiębiorstwa w polskim rynku prezerwatyw, opanowanym przez zagranicznych potentatów, nie przekraczał 50 proc. To za jego „kadencji” sprzedaż Unimilu wzrosła ponad dwukrotnie, zysk operacyjny — czterokrotnie i tyle samo wartość akcji. Dziś Unimil kontroluje 3/4 polskiego rynku, wartość sprzedaży wzrosła w zeszłym roku o 250 procent, zysk netto — o 300 procent. Ceny akcji poszybowały o 60 procent.
Gdy firmie szło dobrze, jej właścielowi, niemieckiemu koncernowi Condomi AG, grunt osuwał się spod nóg. No i Winogradski po prostu przejął spółkę matkę.
— Condomi AG zdrowo przeinwestowało. Pod Erfurtem zbudowało za 30 mln euro najnowocześniejszą na świecie fabrykę, zdolną wyprodukować 750 mln prezerwatyw rocznie. Dzięki automatyzacji produkcji chciało i mogło produkować taniej nawet od wschodnioazjatyckich manufaktur. I pół biedy, gdyby rzeczywiście tyle produkowało, ale — nie mając gdzie tego sprzedać — musiało ograniczyć produkcję o połowę. Firma wpadła w spiralę zadłużenia i zjadły ją kredyty. Do tego kupiła w 2000 roku kilka spółek internetowych. Niewypał! Ich akcje spadły prawie trzydziestokrotnie, a sama stanęła na skraju bankructwa — opowiada Winogradski.
Gdy na giełdzie we Frankfurcie akcje Condomi, które jeszcze niedawno kosztowały 30 euro, potaniały do 19 euro — Winogradski postanowił je kupować. Gdy okazało się, że Unimil został właścicielem Condomi, niemieckie banki długo kręciły nosem, bo coś takiego rzadko się spotyka, by firma z Polski przejmowała wielki zachodni koncern.
— Początkowo banki były nieufne. Chciały wymusić rozwiązania dobre dla siebie, ale niekoniecznie dla nas. Twardo negocjowaliśmy. W końcu zrozumiały, że bez nas Condomi padnie. Pamiętam podpisywanie umowy. Wtorek. Przy stole my i 14 bankowców, po dwóch z każdego z siedmiu największych banków na świecie. Rozmowy od 9 rano do północy, z przerwami na kawę. Potem my do hotelu, spać. Na krótko, bo o 9 rano znów to samo, też do północy. W końcu dogadaliśmy się... — mówi Winogradski.
Kilka dni później „Financial Times” doniósł: „Polacy wkroczyli do pierwszej ligi”. Niemiecki „FT Deutschland” dziwił się, że polska firma kilkakrotnie mniejsza przejęła wielki niemiecki koncern. Pogodzili się z tym... Przecież wcześniej był Orlen, a w Danii — Amica. BBC nadało o tym krótki program. To moment z przeszłości... A plany?
— Unimil przejmie kontrolę nad marką i dotychczasowe kanały dystrybucji. Polski Unimil nadal będzie odpowiadać za Polskę i Europę Środkową i Wschodnią. Condomi pozostanie marką ogólnoświatową. Nie zastąpimy marki Condomi swoją. To by nas kosztowało majątek na promocję. Lepiej mieć coś, co już jest dobre, niż coś, co może być dobre — przekonuje prezes.
Ma jednak problem. Chodzi o pracowników.
— Udało nam się znaleźć w Niemczech dobrą kancelarię prawniczą, której prawnicy mówią po polsku. Gorzej z tamtejszymi menedżerami, bo mało który mówi w naszym języku. Cóż, trzeba będzie ich zachęcać do nauki — jak to się robi w dużych korporacjach, polskich dużych korporacjach — mówi Winogradski, w lekko żartobliwym tonie.
Na pożegnanie wręcza mi próbki prezerwatyw.
— To na weekend, ale nie namawiam do wielokrotnego korzystania z naszego produktu — żartuje na pożegnanie.
