Trzystopniowa ordynacja wyborcza do PE jest bardziej skomplikowana niż do Sejmu – co realnie powoduje, że nawet obie listy dominujące, czyli Prawo i Sprawiedliwość oraz Koalicja Obywatelska, wprowadzą z każdego z 13 okręgów wyborczych najwyżej po dwóch kandydatów (absolutnym wyjątkiem może być trzech), zaś pozostali gracze przekraczający w skali kraju 5 proc. głosów – tylko po jednym, i to zaledwie w części okręgów. W związku z tym lista kandydatów ze wszystkich partii, którzy 9 czerwca faktycznie obejmą 53 polskie fotele w PE, ogranicza się tak naprawdę do zaledwie 60-65 nazwisk – to tzw. jedynki i dwójki, oczywiście w PiS i KO, bo u innych tylko niektóre jedynki.
Niestety dla interesów Polski wielu kandydatów umieszczonych na tych najwyższych pozycjach to całkowite pomyłki. Najbardziej nagannie to zjawisko wystąpiło w PiS i KO, ale Trzecia Droga, Lewica i Konfederacja również upchnęły na pierwszych miejscach po prostu rozpoznawalne – z różnych powodów – postaci, które mają przyciągnąć znużone już nieustającą kampanią wyborczą elektoraty. Niedzielne wybory niby europejskie tak naprawdę przekształciły się w dogrywkę do krajowego starcia z 15 października 2023 r. z udziałem masy tych samych aktorów. Szokuje liczba ubiegających się o wielkie pieniądze z Brukseli/Strasburga parlamentarzystów, a już zwłaszcza ministrów i wiceministrów z nowej ekipy rządowej, którzy zdobyli mandaty poselskie czy senackie zaledwie 15 października. Wszyscy tak startujący ze wszystkich partii powinni odpowiedzieć na pytanie, czy zakpili sobie z tysięcy wyborców wtedy, czy też kpią obecnie. Od początku III RP moim osobistym marzeniem, oczywiście nierealizowalnym, jest drobna korekta kodeksu wyborczego. Otóż każdy sprawujący jakikolwiek mandat z wyboru powinien automatycznie go tracić w momencie… zarejestrowania na kandydata w kolejnych powszechnych wyborach. Taki genialny w swojej prostocie przepis natychmiast zlikwidowałby kastę polityków, którzy są dobrzy zawsze i wszędzie – na chwilę przysiądą w parlamencie krajowym, potem, gdy się uda, w europejskim, a gdy zarobią tam trochę kasy, to na zew partii przed terminem wrócą do krajowego (nasze wybory w 2027 r., a koniec kadencji PE dopiero w 2029 r.).
Największą ułomnością jakościową wierchuszki, która w niedzielę się do PE dostanie, jest nieznajomość języków. Deputowany, który nie zna naprawdę biegle przynajmniej jednego roboczego języka unijnego – numer jeden to oczywiście angielski, dalej stoi francuski, trzeci jako awaryjna rezerwa niemiecki – błąka się po korytarzach w Brukseli/Strasburgu niczym analfabeta. Braku kwalifikacji lingwistycznych absolutnie nie nadrobi tłumaczenie sesji plenarnych oraz dokumentów na wszystkie unijne języki. Treść tych dokumentów powstaje przecież podczas roboczych i nieformalnych rozmów, w których europosła nie może zastąpić nawet najlepiej przygotowany merytorycznie i językowo asystent.
Konstytucja RP wyklucza, aby warunkiem koniecznym kandydowania do PE była znajomość jednego z wymienionych języków. Chodzi oczywiście nie o poziom dukania np. Andrzeja Dudy, lecz o biegłość np. Mateusza Morawieckiego – specjalnie zestawiam dwie postaci z tego samego kręgu politycznego. Wszelkie stanowiska i funkcje z wyboru nie są z definicji uwarunkowane żadnymi kryteriami kwalifikacyjnymi. Ta konstytucyjna zasada podkreśla obywatelską równość, chociaż efekt czasami okazuje się bardzo szkodliwy. Niestety, w PE praktycznie we wszystkich kadencjach od 2004 r. występuje zjawisko poruszania się sporych grup polskich deputowanych tylko we własnym towarzystwie, bo językowo mają umiejętności Nikodema Dyzmy.

