Jaromir Netzel mówi: Sayonara

29-05-2007, 07:17

Wyjazd do Japonii jest kosztowny. Dla władz PZU TFI okazał się wyjątkowo drogi — zapłaciły za niego utratą stanowisk. Wszystko dlatego, że pojechały nie za swoje, lecz firmowe pieniądze. Gdy o  sprawie dowiedział się Jaromir Netzel, prezes grupy PZU, w ostrym tonie nakazał pokrycie kosztów z własnej kieszeni. Ci, którzy się na to nie zdecydowali, musieli odejść z firmy.

Sprawa wzbudza kontrowersje, bo podobne wyjazdy organizują niemal wszystkie firmy z branży. Wyjazd i kryteria, według których dobierane były osoby, został zatwierdzony przez radę nadzorczą.

Droga wycieczka

W piątek po południu do dymisji podał się Cezary Burzyński, wiceprezes PZU TFI. W oficjalnym komunikacie wyjaśnienie było nader lakoniczne: „Cezary Burzyński, wiceprezes zarządu TFI PZU, złożył rezygnację z zajmowanego stanowiska z powodów osobistych”.

W poniedziałek dołączyła do niego dyrektor departamentu marketingu i sprzedaży. Tym razem bez podania powodu.

Dotarliśmy do kulis sprawy. W dniach 12-21 maja został zorganizowany wyjazd do Japonii. Pojechało tam 21 agentów i trzy osoby z zarządów spółek: Dariusz Jesiotr, prezes TFI PZU, Cezary Burzyński, wiceprezes TFI PZU, Dariusz Krzewina, wiceprezes PZU Życie, oraz dyrektor marketingu i sprzedaży w PZU TFI. Koszt — około 16 tys. zł na osobę. Taki skład nie spodobał się prezesowi grupy PZU, który w liście skierowanym do wspomnianej czwórki pisze: „Jak rozumiem, wyjazd miał na celu nagrodzenie najlepszych agentów. Państwa liczna obecność uniemożliwiła wyjazd innym agentom. Uważam, że członkom zarządu lub dyrektorom nie przystoi uczestniczenie w tego typu wycieczkach, które mają formę nagrody. System motywacyjny, z wyłączeniem członków zarządu objętych tzw. ustawą kominową, jest wystarczającym mechanizmem do należytego wykonywania obowiązków” — czytamy w liście, jaki napisał prezes Jaromir Netzel.


Sami płaćcie

Co dalej?

— Zarząd PZU był zbulwersowany tym wyjazdem. Osoby te nadużyły naszego zaufania. Te, które nie dostosowały się do naszych zaleceń, musiały pożegnać się z firmą — mówi Jaromir Netzel, prezes PZU.

Jakie to zalecenia można wyczytać w dalszej części wspomnianego listu? „Zalecam Państwu pokrycie z własnych środków wszelkich kosztów Waszego pobytu w Japonii” — czytamy w nim.

Nieoficjalnie wiemy, że prezes Jesiotr oraz wiceprezes Krzewina zdecydowali się zapłacić z własnej kieszeni. Pozostałe dwie osoby nie czują się winne i nie brały takiej możliwości pod uwagę.

— Nie widzę w moim udziale w tym wyjeździe nic złego. Wyjazd wynikał z właściwego wypełniania obowiązków. Jest normalną praktyką rynkową, że na wyjazdy organizowane jako nagroda dla najlepszych sprzedawców jeździ osoba odpowiedzialna za sprzedaż. A takie właśnie były moje obowiązki. Dzięki temu agenci mogą się zapoznać ze swoim przełożonymi. Dla mnie to nie był wyjazd turystyczny, ale ciężka praca. Absolutnie nie czuję się winny i nie rozumiem decyzji władz spółki — mówi Cezary Burzyński.


Pogromca

Cezary Burzyński dodaje, że o wyjeździe wiedzieli wszyscy, którzy powinni. Nie był to zresztą pierwszy taki przypadek w firmie.

— Wyjazd był częścią programu motywacyjnego zatwierdzonego przez radę nadzorczą. Mój udział też był jak najbardziej oficjalny, miałem wszystkie zgody oraz podpisaną delegację — mówi Cezary Burzyński.

Rzeczywiście podobne wyjazdy organizują niemal wszystkie firmy z branży, choć żadna nie chciała nam podać szczegółów. To, że firmę reprezentują osoby odpowiedzialne za sprzedaż, też jest powszechną praktyką. Według naszych informacji, również w samym PZU takie wyjazdy są powszechne.

Sprawa jest złożona, w czym utwierdzały nas wszystkie osoby, które prosiliśmy o komentarz. Nieoficjalnie wiemy, że prezesa Netzla rozzłościło to, że nic nie wiedział o tym wyjeździe, a jest na tym punkcie wyjątkowo wyczulony. Na zeszłorocznym walnym zgromadzeniu akcjonariuszy prezes ostro krytykował swego poprzednika — Cezarego Stypułkowskiego, któremu zarzucał, że wydał na podróże zagraniczne, fundusz reprezentacyjny i sponsoring miliony.

— Za te pieniądze moglibyśmy wysłać drugiego Polaka w kosmos — mówił wówczas Netzel.

Być może bał się, że za jakiś czas za ten wyjazd krytyka spadłaby na niego.

okiem eksperta

Katarzyna Englert, szefowa biura podróży Paprika

Im drożej, tym lepiej

Nigdy nie słyszałam o przypadku, by firma zwolniła pracowników, bo wyjazd był za drogi. Takie imprezy zatwierdza przecież zawsze szefostwo. Ponadto z mojego doświadczenia wynika, że im tańszy wyjazd motywacyjny, tym mniej jest opłacalny. W wyjeździe motywacyjnym chodzi o to, by kupić pracownikowi coś, czego sam nie mógłby kupić — to nie może być wyjazd z biura podróży, bo coś takiego może załatwić sobie sam i pojechać z rodziną. Robiłam wiele wyjazdów dla firm ubezpieczeniowych. Pracownicy prześcigają się w nich, by dostać w nagrodę atrakcyjne wyjazdy, np. do Australii czy Nowej Gwinei. Niektóre firmy organizują takie wyjazdy także dla osób towarzyszących i choć to bardzo drogie imprezy, twierdzą, że to się opłaca.

Grzegorz Nawacki, g.nawacki@pb.pl

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Puls Inwestora / Jaromir Netzel mówi: Sayonara