To znaczy — 4 kwietnia 1949 r. został w Waszyngtonie podpisany traktat, co było poczęciem w światłach jupiterów, ale procedury ratyfikacyjne potrwały kilka miesięcy i jako podmiot prawa międzynarodowego NATO urodziło się 24 sierpnia. Notabene w Polsce z odpowiedzią na pytanie o dokładną datę naszego przystąpienia kłopoty mieliby nawet studenci stosunków międzynarodowych. Gdy w owym dniu, 12 marca 1999 r. prezydent Aleksander Kwaśniewski zorganizował na placu Piłsudskiego galę z ogniami sztucznymi — poza trybuną honorową i kompanią honorową zainteresowała się nią dosłownie garsteczka przechodniów. Podobnie wyglądało to niedawno, gdy 12 marca br. prezydent Bronisław Komorowski powtórzył taką galę, dla upamiętnienia 15-lecia członkostwa.
Pustka placu symbolicznie kontrastowała z radosnym tłumem w nocy z 30 kwietnia na 1 maja 2004 r., gdy Polska wstępowała do Unii Europejskiej. Przyczyną wiele mówiącej różnicy frekwencyjnej nie była… inna temperatura podczas porównanych uroczystości. Po prostu z naturalnych przyczyn UE jest Polakom niezrównanie bliższa, bo przynależność do niej przekłada się bezpośrednio na rozwój gospodarczy, zwłaszcza infrastrukturalny, i w ogóle na postęp cywilizacyjny kraju. Udział w NATO pozostaje natomiast kategorią raczej teoretyczną, nawet pewną abstrakcją — i na szczęście, oby w odniesieniu do terytorium kraju pozostało tak na zawsze. Sojusz na razie wymagał od nas głównie wypełnienia daleko od Polski traktatowych zobowiązań wobec USA i zmaterializował się żołnierskimi trumnami oraz kalekami wracającymi z misji w Afganistanie. Bo wcześniejszy Irak to była wyprawa całkowicie poza formalnymi działaniami NATO...
Dramat Ukrainy zdecydowanie zmienił zarówno relacje między UE a NATO, jak i postrzeganie ich w Polsce. Praprzyczyną eksplozji społecznej na Ukrainie było nagle odłożenie podpisania przez prezydenta Wiktora Janukowycza umowy stowarzyszeniowej z UE. W tamtym okresie, a także podczas tragicznych wydarzeń w Kijowie — NATO zachowywało całkowitą neutralność, siedząc cicho jak mysz pod miotłą. Jeśli poszukiwano jakiejś mediacji bez szyldu UE, to Organizacji Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie lub Rady Europy — czyli struktur, których udziałowcem jest także Rosja.
Dopiero zabór Krymu radykalnie zmienił sytuację i szybko obudził z letargu NATO. Sojusz potępił agresora i dość szybko ogłosił zerwanie wszelkiej współpracy z Rosją, na co UE w tak radykalnej formie absolutnie nie może sobie pozwolić — ze względu na silne powiązania gospodarcze, zarówno poszczególnych państw, jak i całej wspólnoty z dostarczycielem surowców energetycznych. W najbliższym czasie starcie z Rosją, zmierzające do okiełznania jej imperialnej arogancji, będzie prowadziła na polu gospodarczym UE. Ale jej pozycja w tej rozgrywce jest niezrównanie mocniejsza dzięki istnieniu siostrzanej, notabene starszej, struktury militarnej.