Jest dobrze, ale nie beznadziejnie

opublikowano: 14-09-2016, 22:00

Najważniejszym punktem powakacyjnej sesji Parlamentu Europejskiego (PE) w Strasburgu była coroczna debata o stanie Unii Europejskiej. Jean-Claude Juncker, przewodniczący Komisji Europejskiej (KE), nie był w stanie przypudrować zgrzytającej rzeczywistości.

 Potwierdził oczywistość, że wspólnota nie jest w najlepszym stanie i przechodzi kryzys egzystencjalny, a najbliższy rok okaże się krytyczny dla jej jedności. Pod taką diagnozą może się podpisać każdy, ale już w kwestii skutecznej terapii zarysowują się biegunowe wręcz rozbieżności.

Na dwa dni przed bratysławskim szczytem 27 państw znamy widok na UE z gabinetu szefa jej rządu.

Jean-Claude Juncker to najczystszej krwi eurokrata, zatem trudno się dziwić, że według niego państwa członkowskie zbyt często stawiają interesy narodowe przed wspólnotowymi, a defragmentacja UE otwiera drogę populizmowi. W sprawie brexitu ponowił naiwny apel, by rząd Theresy May przestał się bawić w głuchy telefon i wreszcie złożył wniosek o wystąpienie Zjednoczonego Królestwa. Eurokrację poruszyła zaś teza Junckera nt. roli wysokiego przedstawiciela UE ds. zagranicznych, który „powinien być ministrem spraw zagranicznych z prawdziwego zdarzenia”. Nie jest jasne, czy to krytyka nijakości Federiki Mogherini, czy odwrotnie — współczucie z powodu jej prawnego związania rąk.

W cieniu raportu o stanie UE przetoczyła się przez PE druga już debata na temat sytuacji w Polsce. Podobnie jak w kwietniu, europosłowie uznali w rezolucji przyjętej stosunkiem głosów 510:160, przy 29 wstrzymujących się, że utrwalający się paraliż Trybunału Konstytucyjnego zagraża naszej demokracji, i wezwali rząd PiS do rozwiązania kryzysu. Usłużne wobec obecnych władców kraju media oraz dyspozycyjni eksperci w jednolitym froncie lekceważenia rezolucji akcentowali, że debata przed głosowaniem toczyła się w obecności zaledwie kilkudziesięciu europosłów, głównie polskich. To argument dyletancki, albowiem taka frekwencja jest w Strasburgu standardem… każdej debaty. Sala identycznie świeciła pustkami np. w czasie prezentowania przez premiera Donalda Tuska w 2011 r. celów polskiej prezydencji. Cały skład PE schodzi się wyłącznie na bloki głosowań w godzinach 12–14, po których tłumnie wylewa się na lunch. W środowym głosowaniu nad rezolucją wzięło udział aż 699 eurodeputowanych, czyli brakowało tylko 52.

Prawda o jej znaczeniu dla Polski może okazać się bardzo gorzka finansowo. Przyjęta w procedurze nielegislacyjnej, sama w sobie znaczy prawnie tyle, co nic. Podobnie abstrakcją są konsekwencje dyscyplinarne w dalszym postępowaniu, zleconym przez europosłów… Komisji Europejskiej. Ale w kategoriach polityczno-wizerunkowych rezolucja ma znaczenie ogromne. Skokowo obniża inicjatywne możliwości polskiego rządu, co możemy odczuć nawet już w piątek w Bratysławie. Ale co najważniejsze — grozi niekorzystnym odbiciem się podczas korekty perspektywy finansowej 2014–20, czego skutkiem może być zwężenie polskiego strumienia pieniędzy spójnościowych oraz rolnych. Idąca na udry z faktycznie często zadufaną eurokracją ekipa Prawa i Sprawiedliwości bezwzględnych zasad unijnej gry w ogóle nie przyjmuje do wiadomości — i to jest nasze nieszczęście.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: JACEK ZALEWSKI

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu