Joga na wesoło, jiu-jitsu z dystansem

Agnieszka Rodowicz
22-02-2018, 22:00

Niedźwiedź nie wygląda na atletę, a jest silny, szybki, zwinny. Skacze, pływa, biega. „Bądź jak niedźwiedź” — zachęcają Barbara Pietruszczak i Maciej Okraszewski, właściciele firmy Hopsa, produkującej kolorowe stroje sportowe.

Barbara Pietruszczak jest z Wałbrzycha i skończyła kulturoznawstwo na Uniwersytecie Warszawskim. Maciej Okraszewski przyjechał do stolicy studiować w tej samej uczelni stosunki międzynarodowe. Poznali się dziewięć lat temu na imprezie. Po studiach uznali, że to dobry moment, by sprawdzić, jak się żyje gdzieś indziej. Postanowili pojechać do Brazylii, ale ostatecznie, żeby mieć kontakt z rodziną, zdecydowali się na Hiszpanię.

Wyświetl galerię [1/8]

Niedźwiedź nie wygląda na atletę, a jest silny, szybki, zwinny. Skacze, pływa, biega.„Bądź jak niedźwiedź” — zachęcają Barbara Pietruszczak i Maciej Okraszewski,właściciele firmy Hopsa, produkującej kolorowe stroje sportowe. FOT. MACIEJ OKRASZEWSKI, MAREK WIŚNIEWSKI

W Grenadzie ona prowadziła media społecznościowe, a on pracował jako copywriter. I obserwowali miejscowe życie. — Zauważyliśmy, że Hiszpanie, a Andaluzyjczycy szczególnie, mają dużą potrzebę strojenia się stosownie do okazji — opowiada Maciej Okraszewski. Na popularnej ścieżce spacerowo-sportowej ludzie zawsze byli świetnie ubrani w różnorodną i kolorową odzież sportową. Trzy lata temu wrócili, bo w ogarniętej kryzysem Hiszpanii żyło się coraz trudnej.

Szara polska rzeczywistość

Oboje uprawiają sport. Maciej Okraszewski jiu-jitsu i boks tajski, a Barbara Pietruszczak jogę, balet, wspinaczkę. W tych dyscyplinach praktyczne są legginsy i rashguardy (obcisłe koszulki z długimi rękawami, których używają surferzy, ale też sprawdzają się w sportach walki, chroniąc ciało przed otarciami).

— Wtedy w Polsce stroje do sportów walki były dekorowane głównie obrazami husarii albo pitbuli. Wszystko było groźne, poważne lub patriotyczne. Tymczasem moi znajomi z klubów, często mistrzowie w swoich dyscyplinach, szukali innych strojów — wspomina Maciej Okraszewski.

— Ubrania do jogi czy tańca też rzadko miały ciekawe wzory. A jeśli już były, to dużych marek w absurdalnie wysokich cenach — dodaje Barbara Pietruszczak.

Za granicą są małe firmy, które robią ciekawe stroje, ale trzeba na nie sporo wydać i jeszcze doliczyć koszt przesyłki. Kiedyś jeden z ich znajomych kupił za granicą legginsy z wzorem sushi. Maciej Okraszewski i Barbara Pietruszczak uznali, że sami takie zrobią. Wydawało im się, że to żadna filozofia i produkcja zajmie najwyżej trzy miesiące.

Odbrązowić niedźwiedzia

Sport zrobił się w tym czasie w Polsce modny. Niemal każdy coś ćwiczył, a jednocześnie chciał dobrze wyglądać.

— Zanim zabraliśmy się za szycie, dużo rozmawialiśmy o tym, co nam przeszkadza w prezentowaniu sportowej odzieży. Kobiety w jej reklamach są bardzo szczupłe i agresywnie seksualizowane. A faceci bardzo mocno zbudowani i ociekający testosteronem. Chcieliśmy odejść od tych stereotypowych, krzywdzących obie płcie wizerunków — mówią Maciej Okraszewski i Barbara Pietruszczak. Chcieli pokazywać w reklamach normalnych ludzi, którzy rzeczywiście uprawiają sport, a nie tylko perfekcyjnie wyglądają i udają, że ćwiczą.

— Chodziło nam też o to, by wyjść poza instrumentalne traktowanie aktywności sportowej. Pokazujemy więc ludzi, którzy ćwiczą nie po to, by poprawić wygląd, ciało, ale dlatego, że to lubią, ćwiczą dla siebie, dla zdrowia, a nie tylko po to, by zrobić sobie brzuch czy pośladki — wyjaśnia Barbara Pietruszczak.

Kiedy przeglądała książkę o Muminkach, wpadł jej w oko fragment, w którym mama Muminka mówi: „Hopsa”. Uznali, że idealnie pasuje to na hasło ich firmy. Tym bardziej, że ludzie często używają tego zawołania do rozpoczęcia treningu. A że lubią naturę, stwierdzili, że w ich logo musi być zwierzę. Padło na niedźwiedzia.

— Jest sympatycznym grubaskiem i zupełnie nie przejmuje się swoją figurą. Nie wygląda na atletę, a jest w stanie biec szybciej niż Usain Bolt, wchodzi na drzewa, robi szpagat, jest silny i zręczny — wyjaśnia Maciej Okraszewski. — Postanowiliśmy zrobić koszulkę, która komunikowałaby, że każde ciało jest OK. Ale gdy zaczęliśmy myśleć nad wzorem, doszliśmy do wniosku, że warto zaprojektować też od razu legginsy, rashguardy i bokserki, bo można je zrobić z tego samego materiału — opowiada Barbara Pietruszczak. Zaczęli go szukać.

Tramwajem do Pabianic

— Nie mieliśmy nic wspólnego z rynkiem odzieżowym poza tym, że ja jestem z Łodzi — żartuje Maciej Okraszewski. Mieszkanie jego rodziców było bazą wypadową, gdy przyjeżdżali na kilka dni i szukali w mieście i okolicach producenta odpowiedniej dzianiny, farbiarni, szwalni. Niewiele takich firm ma strony internetowe. Jeździli więc po Bałutach, Koluszkach, Zgierzu.

— Uczyliśmy się, że dzianina to nie tkanina i czym różni się barwienie od drukowania — mówi Maciej Okraszewski. Mówili otwarcie, że nie mają o tym pojęcia, potrzebują pomocy. I ludzie cierpliwie tłumaczyli, dawali kontakty, sugerowali, kto produkuje to, czego szukają. — Nie mieliśmy samochodu, więc na przykład do Pabianic jeździliśmy tramwajem półtorej godziny w jedną stronę — śmieją się.

Wtedy jednak nie było im do śmiechu. Był paskudny listopad, a jeździli po okolicach pofabrycznych, nieciekawych. Zimno, brzydko i przytłaczająco. — Trafialiśmy na przykład do szwalni w piwnicy bez okien, gdzie szwaczki pracowały po 12 godzin dziennie za głodowe stawki — wspomina Maciej Okraszewski.

A oni chcieli współpracować z uczciwymi przedsiębiorcami i wszystko produkować w Polsce. — Pochodzimy z miast przemysłowych i widzieliśmy ich upadek w latach 90. Wiedzieliśmy, jak ważne jest pielęgnowanie rodzimego biznesu — mówi Barbara Pietruszczak. — Ale ważny był też dla nas aspekt ekologiczny. Nie chcieliśmy sprowadzać towaru odrzutowcami, kontenerowcami, by ograniczyć do minimum ślad węglowy — dodaje Maciej Okraszewski.

Wszystko idzie swoim rytmem

Sprawdzili na metkach ubrań, których używali, z jakiego rodzaju dzianiny są zrobione. Kupili też kilka ubrań sportowych z mieszanki włókien poliestrowych i elastanu o różnej gęstości i grubości. I jeździli od producenta do producenta, tłumacząc, jaki efekt chcą osiągnąć. W końcu znaleźli takiego, który nie tylko produkuje w Polsce dzianinę, ale robi też na miejscu przędzę. Bardzo ważne dla nich było, by materiał szybko odprowadzał pot i by dzianina dobrze współpracowała z ciałem, jego ruchem.

W końcu wybrali trzy dzianiny i znaleźli szwalnię, która dobrze traktowała pracowników i miała konstruktorów, którzy umieli rozrysować pierwowzory. Odszyli próbne modele i każdy przez kilka miesięcy testowali na sobie. Krok po kroku wprowadzali poprawki.

Po wielu miesiącach wybrali najlepszą dzianinę, dobrali metki, które nie obcierają ciała, zrobili płaskie szwy. — Zajęło nam to bardzo dużo czasu nie tylko dlatego, że poza prowadzeniem firmy pracujemy jako dziennikarze freelancerzy, ale też z tego powodu, że jesteśmy malutcy — wyjaśnia Barbara Pietruszczak.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Agnieszka Rodowicz

Być może zainteresuje Cię też:

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Po godzinach / Joga na wesoło, jiu-jitsu z dystansem