KALENDARZE ZASYPIĄ FIRMY W 2000 ROKU
Wydawcy spodziewają się podwojenia zamówień
DYSKRETNY UROK BURŻUAZJI: Jest mało kalendarzy, które dobrze spełniałyby swoją podstawową funkcję, łącząc ją jednocześnie z dobrym projektem i ciekawą oprawą graficzną. To co obserwuję na rynku, to pomyłka. Zdarzają się jeszcze firmy, które na swoich kalendarzach prezentują nie całkiem ubrane lub całkowicie rozebrane kobiety. Według mnie jest to żałosne. Prawdę powiedziawszy jest mało kalendarzy, które mi się podobają. Uważam, że warto wydać pieniądze na dobry kalendarz, gdyż jest on dobrą promocją firmy. Zaznaczam jednak, że jeśli ma to być gniot to lepiej w ogóle go nie robić. Coraz więcej firm bowiem dba o wystrój biura i nigdy nie powiesi czegoś brzydkiego w swojej siedzibie. Firmy zamawiające kalendarze nie powinny na nich w sposób natarczywy prezentować swojego logo. Jeśli kalendarz jest naprawdę ciekawy, to jest szansa, że zostanie powieszony w wielu biurach. Obecność znaku firmowego na takim kalendarzu powinna być to zaakcentowana w sposób dyskretny, bo jak wiemy dyskretny jest urok burżuazji — twierdzi Wojciech Dmowski, client service manager Jupi Direct. fot. Tomasz Zieliński
KOSZTOWNY PREZENT: Zdarzają się klienci, którzy zamawiają kalendarze z tłoczonym lub wydrukowanym nazwiskiem właściciela. Są one bardzo kosztowne i trafiają do rąk uznanych pracowników i cennych klientów — tłumaczy Jarosław Wiczek, handlowiec firmy Kubiczek. fot. Borys Skrzyński
Dobrze wykonany i zaprojektowany ze smakiem kalendarz świetnie promuje firmę. Niektórzy fachowcy od marketingu twierdzą, że takie kalendarze spotyka się bardzo rzadko. Firmy często nie mają gustu, a kalendarz z roznegliżowanymi paniami jest dzisiaj uznawany za zupełną kompromitację.
Na rynku działa sporo firm produkujących kalendarze. Jedni specjalizują się w kalendarzach biurowych, inni w wiszących, jeszcze inni robią wszystkiego po trochu.
Jarosław Wiczek, handlowiec firmy Kubiczek twierdzi, że w Polsce pojawiły się też firmy zachodnie.
— Konkurencja na rynku jest duża. Działają na nim firmy polskie, belgijskie, niemieckie i włoskie — przyznaje Jarosław Wiczek.
Jak twierdzą przedstawiciele tej branży, głównymi zleceniodawcami są firmy, które traktują kalendarze jako formę promocji.
Kalendarzowy potop
Obecnie prawie każda firma chce mieć swój własny kalendarz. Pod koniec roku przedstawiciele współpracujących ze sobą przedsiębiorstw wymieniają się kalendarzami, pod koniec grudnia mają ich w swoich biurach po kilkanaście sztuk.
— Duże firmy zamawiają powyżej 10 tys. sztuk. Takich zamówień jest blisko 20 proc. Około 50 proc. zamówień opiewa na 1-5 tys. sztuk. Reszta, czyli prawie 30 proc. to zlecenia do 1 tys. — szacuje Jarosław Wiczek
— Drukujemy przede wszystkim na zamówienie firm. W okresie zapotrzebowania na kalendarze jest to blisko 50 proc. naszej produkcji. O klientów zabiega się już od połowy roku. Pod koniec roku jest najwięcej pracy, ponieważ zgłaszają się spóźnialscy, którzy w ostatniej chwili przypominają sobie o kalendarzu — dodaje Marlena Kurpisz z działu handlowego firmy Eko Druk.
Zaznaczają obecność
Zarówno na kalendarzach książkowych, jak i wiszących spotkać można logo firmy, która zleciła ich wykonanie. Jak twierdzą specjaliści od marketingu, zleceniodawcy często przekraczają poczucie dobrego smaku zbytnio eksponując swój wizerunek.
— Firmy zamawiają kalendarze z tłoczonym logo na okładce i wewnętrznymi stronami informującymi o niej. Można powiedzieć, że jest to standard — mówi Jarosław Wiczek.
Wojciech Dmowski z Jupi Direct podkreśla, że logo firmy powinno być zaznaczone w sposób dyskretny. Niestety wiele firm zbytnio je eksponuje.
Apokalipsa 2000
Nikogo chyba nie trzeba przekonywać, że rok 2000 będzie rokiem niezwykłym. Wszystkiego musi być więcej. Rośnie produkcja szampana, a w USA ponoć wzrasta sprzedaż konserw. Jak wiemy, komputery odmówią posłuszeństwa, trzeba więc robić zapasy. Tymczasem w Polsce firmy zapowiadają zasypanie rynku kalendarzami.
— W tym roku spodziewamy się dużo więcej pracy. Firmy deklarują, że na rok 2000 zwiększą zamówienia dwukrotnie — mówi Jarosław Wiczek.
— W 2000 roku spodziewamy się znacznie większej liczby zamówień. Przełom tysiącleci można będzie określić mianem kalendarzowego boomu — zauważa Marlena Kurpisz z działu handlowego firmy Eko Druk.
Spada natomiast zainteresowanie kalendarzami przeznaczonymi do sprzedaży w księgarniach.
— Wydawnictwa narzekają, ponieważ rozliczenia roczne z księgarniami i hurtowniami dokonywane są w lutym i bardzo często w tym czasie trafia do nich dużo zwrotów. Wtedy są już makulaturą. W tej chwili odchodzi się już od produkcji na rynek — twierdzi Andrzej Ostrowski, prezes TO Promotion.
Dodaje, że jeśli firmy w 2000 roku zrealizują swoje zamierzenia i zamówią dwa razy więcej kalendarzy to ich sprzedaż w księgarniach nie będzie miała racji bytu, bo firmy będą je rozdawać za darmo.