Kalifornia: litania o pożar

Weronika A. Kosmala
opublikowano: 28-08-2018, 22:00

Analitycy rynku win zapalili się – w kalifornijskiej gorączce inwestowania w trunki powstał nowy płomienny indeks: California 50.

Czy potrzeba uruchamiania nowego wskaźnika była aż tak paląca — trudno stwierdzić, obserwując gorący rynek z podobnym dystansem, z jakim do śniadania ogląda się przypadkowy dokument o czynnych wulkanach. Dotarcie do samego płynnego jądra kalifornijskiej produkcji mogłoby się okazać równie kłopotliwe, skoro na dane o podaży nieustająco opada gęsty obłok pyłu, a ceny grożą wybuchem rzędu kilkudziesięciu procent.

Sam fakt, że butelka białego wina za ponad 20 tys. zł nieprędko strąci z lokalnego podium zgrzewkę piwa, nie przesądza jednak o bezzasadności wskaźnika — przedzierając się myślami poza ogródkową perspektywę, natrafimy w końcu na skrzynki, które inwestorzy zamawiają od razu jako aktywa dające zarobek na wtórnym rynku. Jak wielki jest zasięg tego pożaru? Jeśli patrzymy na cały rozgrzany indeks, wydaje się pojemny i różnorodny jak obszar całej Kalifornii, tymczasem lista ujętych w nim pięciu winnic natychmiast sprowadzi ten widok do właściwej mu skali zapalniczki.

Za czym kolejka stoi

Pasowałoby, żeby wina California 50 liczyć więc na palcach jednej stopy, bo to właśnie określenie zwrotu przebija się przez branżowe media najsilniej: gdyby indeks istniał nie od dzisiaj, w ciągu 15 lat jego wartość zdołałaby się potroić, zawstydzając pozostałe miary rynku całkowitym brakiem silniejszych wstrząsów.

Jak odnotowali analitycy Liv-ex, w ostatnich 12 miesiącach młody wskaźnik śmiało prześcignąłby dojrzalszych kolegów z Francji i Szampanii, bo od lipca 2017 r. 50 kalifornijskich win zapewniło mu zwyżkę 15,8 proc. Zwycięski skład to Screaming Eagle, Opus One, Dominus, Harlan Estate i Ridge Monte Bello — a więc garstka producentów, na którą przypada po 10 najświeższych dostępnych w obiegu roczników. Samo nadmienienie, że mowa o rocznikach teoretycznie osiągalnych, jest w przypadku tak rzadkich win bardzo istotne, dlatego że ekskluzywnie uboga skala produkcji rzeczywiście potrafi rozproszyć się na rynku, umykając statystykom.

Po serii wysoko ocenianych roczników od 2012 do 2015, strona popytowa zauważalnie nabrała apetytu, tymczasem oczekiwanie na skrzynkę Screaming Eagle przywodzi na myśl skrzywiony rytuał nabywania niektórych torebek z krokodylej skóry, bo podaż jest tak niska, że — chcąc, nie chcąc — wymusiła wprowadzenie zapisów. Jak podaje winiarska platforma BI Wines & Spirits, w pierwszej połowie tego roku sprzedaż amerykańskich trunków wzrosła aż 96 proc. względem tego samego okresu 2017 r., i nawet jeśli reglamentowane wino nie było jedynym filarem tego obrotu, jaskrawy trend rzuca w twarz pytanie: czy ta cierpkość w kieliszku to nie czasem posmak bańki?

Rachunek na 24 tys. zł

Jeżeli już miałoby się zanosić na gorzkie pęknięcie jakiejś bańki, to nie na wąskim rynku kolekcjonerskich butelek z Kalifornii, tylko w całym sektorze win nabywanych przez inwestorów — podkreślają analitycy Liv-ex, mimo że komentowanie srogiego scenariusza może nie przychodzić im łatwo, szczególnie kiedy najmłodszy indeks zjednuje sobie stabilnością nawet mniej chętnych ekspertów. Dlaczego akurat winom z Napa Valley udało się przemknąć przez gospodarcze zawirowania bez postrzępionego wykresu — dobre pytanie, bo wybujałe stawki może podtrzymywać i żelazne ograniczenie podaży, i fakt, że dotychczas uwaga spekulantów nie była aż tak silnie kierowana na trawiony pożarami stan. Analizując aktualne średnie ceny butelek, trudno nie zastanowić się jednak, jak długo mogą jeszcze drożeć bez potknięcia albo spowolnienia, skoro Sauvignon Blanc ze wspomnianą już etykietą Screaming Eagle to już i tak najdroższe wino z tego szczepu na świecie.

Jak podaje Wine Searcher, z 3,7 tys. USD (13,6 tys. zł) w 2016 r. stawka podniosła się ponad 70 proc., przebijając 6,4 tys. USD (23,6 tys. zł) za porcję, która dwóm osobom starczyłaby do piątkowej kolacji — gdyby zdecydowały się na caberneta, wyszłoby taniej, chociaż przeciętna cena to i tak ponad 3,5 tys. USD (12,9 tys. zł). Wrażenie, że sprężyste cenowe skoki komentowane są przez branżowych ekspertów z pewną ironią, bywa w dodatku uzasadnione, bo już sama konieczność wpisywania się chętnych do zakupu na listę może tworzyć aurę naszpikowaną podejrzeniami, które podsyca dodatkowo żałośnie krótka historia tego rynku w Kalifornii.

W porównaniu z najstarszymi europejskimi châteaux — opasanymi kamiennymi murami już w zamglonym średniowieczu — kalifornijskie winiarstwo niektórym wydaje się jakby niegodne zaufania, mimo że przetrwało już naprawdę niejeden cios. Zanim nastał wielki kryzys, branżą szarpnęła przecież prohibicja, a nie wszystkim winom regionu udało się umknąć władzy w szatach win mszalnych, zważywszy że nie każdy z producentów podniósł się po spustoszeniach, jakie wyrządziła filoksera. Żeby wyznaczyć tym burzom właściwe horyzonty, trzeba ponadto wspomnieć, że wszystko zaczęło się dopiero w połowie XIX wieku, kiedy w Sacramento znaleziono magnetyzujące grudki złota — większość rozgorączkowanych przekopywała wtedy swoje poletka bez opamiętania, a część postanowiła gasić ich pragnienie winami. Kiedy wyboistą drogę do oddzielnego indeksu przecierała Sonoma, sąsiednia Napa — ojczyzna Screaming Eagle, Opus One czy Harlan Estate — rozkładała się pastwiskami na całe stoki, dając się leniwie podskubywać krowom. © Ⓟ

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Weronika A. Kosmala

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy

Puls Biznesu

Puls Inwestora / Wyniki spółek / Kalifornia: litania o pożar