Kampania informacyjna powinna mieć twarz

Jacek Zalewski
27-01-2003, 00:00

Tytułowy postulat został sformułowany podczas posiedzenia Narodowej Rady Integracji Europejskiej. Jest on wyrazem społecznego przekonania, iż dotychczasowa kampania referendalna NIE MA TWARZY. Trudno przecież za takową uznać oblicze zarówno podsekretarza stanu Sławomira Wiatra, jak i ministra Lecha Nikolskiego. Obaj słusznie uważają siebie jedynie za organizatorów kampanii i nie aspirują do roli medialnych nośników jej treści. Nasuwa się zatem pytanie — kto podejmie się udźwignięcia jej ciężaru?

Dla wyniku referendum konstytucyjnego (25 maja 1997 r.) ogromne znaczenie miało firmowanie Konstytucji RP własną twarzą przez Aleksandra Kwaśniewskiego. Ustawę zasadniczą uchwaliło Zgromadzenie Narodowe, ale to właśnie prezydent rozesłał do wszystkich obywateli broszurkę z jej treścią i swoim osobistym listem, a następnie zarządził przeprowadzenie referendum i sformułował pytanie. Spory nad nową ustawą o referendum ogólnokrajowym odsuwają na bok kwestię pozornie techniczną, a w rzeczywistości mającą znaczenie strategiczne — KTO ZARZĄDZI referendum w sprawie przystąpienia Polski do Unii Europejskiej?

I ustawa obecna, i ta przygotowywana traktują sprawę alternatywnie: referendum zarządza albo Sejm, albo prezydent za zgodą Senatu. Teoretycznie może się więc zdarzyć, że o ratyfikacji traktatu akcesyjnego decydować będą... dwa referenda o takiej samej mocy prawnej. Jeden organ wybierze wersję dwudniową, datę 7–8 czerwca i sformułuje pytanie, drugi zaś zdecyduje się na głosowanie jednodniowe, datę 8 czerwca i pytanie postawi trochę inaczej. Co będzie, gdy zdezorientowane społeczeństwo udzieli w obu referendach różnych odpowiedzi?

Powyższe dywagacje potraktujmy jako żart, ale nie do końca. W Polsce już raz odbyły się jednocześnie DWA referenda na ten sam temat — 18 lutego 1996 r. Mało kto pamięta, o co w ogóle wtedy chodziło. Otóż prezydent Lech Wałęsa zadał nam jedno proste pytanie o powszechne uwłaszczenie obywateli (odpowiadaliśmy na karteczce A-6), natomiast Sejm uchwalił aż cztery pogmatwane pytania na temat niektórych kierunków wykorzystania majątku państwowego (była to odrębna kartka A-4). Nb. pożytek z obu konkurencyjnych referendów okazał się zerowy.

Czasy się zmieniły, antagonistyczne stosunki głowy państwa i parlamentu zastąpiła jedność poglądów, ale casus ustawy biopaliwowej dowodzi, iż nie oznacza to ich identyczności. W tematyce UE do różnic taktycznych dochodzi jeszcze prestiżowa rywalizacja — wiadomo, że referendum przeprowadzane na podstawie postanowienia prezydenckiego (zatwierdzonego przez Senat) postawiłoby na czele całej kampanii Aleksandra Kwaśniewskiego, natomiast podjęcie uchwały przez Sejm wysunęłoby na pierwszy plan Leszka Millera. Dotychczasowy podział kompetencji kształtuje się logicznie — prezydent jest numerem jeden w sprawach NATO-wskich, a premier w unijnych. Dlatego w interesie państwa leży jak najszybsze poinformowanie społeczeństwa, kto umieści swój wizerunek na opakowaniu produktu pod nazwą „referendum w sprawie ratyfikowania traktatu o przystąpieniu Polski do Unii Europejskiej”.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Zalewski

Być może zainteresuje Cię też:

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Puls Inwestora / Kampania informacyjna powinna mieć twarz