Każde moje słowo kosztuje majątek

Jacek Konikowski
opublikowano: 17-02-2010, 09:05

Warszawa w Berlinie, Londyn w Pradze. Biura w Bangkoku w zakładach spirytusowych na Pradze, ocean w szklance wody. Autor? Allan Starski.

"Puls Biznesu": W teatrze Syrena podsłuchałem, jak jeden z techników nazwał pana stolarzem.

Allan Starski: W Syrenie, wraz z moją żoną, która jest kostiumologiem, robiłem scenografię do angielskiej sztuki. Wołali na nas stolarz i krawcowa. Czasem mówią na mnie profesor, ale na to chyba jeszcze za wcześnie.

Dlaczego ktoś, kto dostał Oscara i Cezara, musi bawić się w 30-sekundowe filmiki reklamowe? Pan przecież przebiera w scenariuszach jak na kastingu. Proszę, na stole leży ich sterta.

A pod oknem jeszcze kilka.

Czasami scenografia w reklamie czy w teatrze jest większym wyzwaniem lub przygodą artystyczną niż w filmie i wtedy sprawia najwięcej przyjemności. Zazwyczaj, kiedy kończę pracę nad jakimś filmem, wykorzystuję czas przed następnym na projekty scenografii do reklam czy teatru. Świetnie pan trafił, bo właśnie skończyłem reklamę dla firmy IKEA, którą robiłem z Ivo Zaniewskim i Pawłem Edelmanem. Wyzwanie, bo nigdy nie robiłem scenografii z czasów starożytnego Egiptu. Powstała sala tronowa Kleopatry, wiernie oddana w detalach i w kolorach na podstawie klasycystycznych obrazów holenderskiego malarza Lawrence’a Alma-Tademy. Jego sztukę poznałem przy okazji przygotowań do "Pompei" Romana Polańskiego. Jasne, że moim marzeniem jest robienie samych wspaniałych dużych filmów.

I wysokobudżetowych.

Niestety, tak. Duży budżet daje szansę stworzenia ciekawej scenografii. Producenci żartują, że im dłużej rozmawiają ze mną o scenografii, tym jej koszty rosną, że każde moje słowo kosztuje ich majątek. Mówią: Starski jest drogi już w tym, co mówi. I to prawda. A niech jeszcze reżyser da mi zielone światło i uwolni moją wyobraźnię, to producent chowa twarz w dłoniach. Niestety, scenografia to sztuka ściśle związana z budżetem. Nie da się grać półśrodkami. Nawet jeżeli coś jest filmowym oszustwem, też musi kosztować. Bo scenografia filmowa nie może być umowna, musi przekonywać do świata, który pokazuje. W teatrze czy w reklamie może być umowna, w filmie — nie. Bo kino jest bajką, w którą widz chce uwierzyć, a scenograf ma mu w tym pomóc.

Mając miliony, można skopiować wszystko, każdy świat.

Owszem, ale bywa że nie zawsze trzeba kopiować rzeczywistość, wydając na to miliony. Czasem wystarczy ją odpowiednio udramatyzować, jak w "Panu Tadeuszu". Uczta w zamku jest świetnie opisana. Obejrzałem mnóstwo zamków, które w większości są muzeami, czyli scenografią zastaną. Nie miały kolorytu i dramaturgii, na jakiej mi zależało. Znalazłem ją dopiero w twierdzy Modlin, w olbrzymiej zrujnowanej sieni mennicy. Odtworzyłem olbrzymie wrota, z klepiska zrobiłem podłogę z prawdziwego bruku, wprowadziłem barokowe organy i dopiero na końcu wielki stół biesiadny. I nagle okazało się, że powstało przedziwne tajemnicze zamczysko, które pasuje do walki Horeszków o zamek. Z kolei w niemieckim filmie SF "Strach latania", który nie miał dużego budżetu, robiłem wnętrze statku kosmicznego. Zbudowałem je w Stoczni Gdańskiej w konstrukcji statku, wprowadzając do stalowych wnętrz high-tech rodem ze studia telewizyjnego. Zresztą, to niejedyna rakieta, jaką zbudowałem. W reklamie funduszu Skarbiec też zbudowałem rakietę, która leciała w kosmos. I więcej rakiet już chyba nie zrobię (śmiech). W tych filmach pomysł na scenografię musiał zastąpić duże pieniądze.

A jak udało się panu zrobić w studio wzburzony ocean, który rzuca łódką na wszystkie strony, w reklamie Bolsa?

Jestem z tego dumny. Pierwsze, co zrobiłem, zabierając się do pracy, to obejrzałem making-off filmu "Gniew oceanu" z George’em Clooneyem. Z Londynu sprowadziliśmy maszyny do robienia fal, spiętrzania wody, robienia wiatru. Jacht zbudowaliśmy w Gdańsku. Po kompletnym wyposażeniu i zwodowaniu, okazało się, że musimy go pociąć na trzy części, żeby go przewieźć do Warszawy. Wszystko było kręcone w skali 1:1. Wody w tym "oceanie" tak naprawdę było może 30 cm, większość uderzała o łódkę, spadając z wielkich "zjeżdżalni". Operatorem był Sławek Idziak i pewnie dlatego tak świetnie to wyszło. Teraz miałem robić reklamę, której akcja działa się na wieżach wiertniczych. Nie wyszło. Zrobił ją ktoś inny. Nie zawsze jest się zwycięzcą.

Zdobyłem Oscara, ale nie chcieli mnie do reklamy?

Cóż, bywa i tak. Być może inny reżyser miał lepszą wizję, może tańszą, bo przecież koszty są w reklamie bardzo istotne.

Po co scenograf tworzy światy, które istnieją naprawdę?

Choćby Warszawa, stare brukowane ulice, kamienice z lat 30., które jednak w "Pianiście" nie "zagrały". Zastąpiły je dekoracje budowane w studio. W "Olivierze Twiście" akcja rozgrywa się w Londynie, który jednak powstał w Czechach.

No jednak część "Pianisty" powstała w Warszawie. Jednak łatwiej jest zbudować nowy świat niż zaadaptować istniejący. Współczesny Londyn, choć obfituje w stare kamienice, nie bardzo nadaje się jako scenografia do filmów z epoki. To jest mimo wszystko nowoczesne miasto, a budynki historyczne pełnią zupełnie inne funkcje, na parterze są sklepy, na elewacjach — neony. Na ulicach są latarnie, asfalt etc. No i kolory. Fasady malowane są współczesnymi farbami, mocniejszymi, które zupełnie inaczej oddają światło.

Poza tym kwestia dramaturgii. Jeżeli ulica jest wąska, to w filmie musi być piekielnie wąska, żeby widz w to uwierzył. Jeżeli budynek jest zniszczony, to rzeczywiście musi być zrujnowany, a nie nadgryziony zębem czasu. Zanim Roman Polański zaczął kręcić "Pianistę", zapytał mnie, jak zrobię ceglane ruiny, których nie ma. Przed podobnym dylematem stanęliśmy z Andrzejem Wajdą, kręcąc "Człowieka z marmuru" — jak pokazać powstawanie osiedla z lat 50., budowę z cegły, podczas gdy dookoła wyrastały osiedla z wielkiej płyty. Dlatego musiałem stworzyć budowę, na której Birkut bił rekordy. Większość Warszawy w "Pianiście" zbudowaliśmy w niemieckim studio pod Berlinem, a tylko część na warszawskiej Pradze, na ulicy Stalowej, gdzie też musieliśmy dostawiać całe budynki, bo nie znaleźliśmy już zwartej zabudowy z czasów okupacji. Fasady istniejących budynków wymagały zrobienia przekonującej patyny. Z kolei ruiny budowaliśmy w Niemczech, burząc stare, wojskowe budynki. Roman Polański jest typem reżysera, który potrzebuje wspaniałych dekoracji, dokładnie odpowiadających jego wizji. Musi być tak, jak on chce, albo w ogóle. W przeciwieństwie do Wajdy, który jest otwarty na pomysły i wizje scenografa.

Pierwsze zawodowe wyzwanie? Ten pamiętny film, po którym uwierzył pan, że może uwiarygodnić każdą bajkę?

To był pierwszy film z Andrzejem Wajdą — "Smuga cienia". Fantastyczne doświadczenie, bo bardzo dużo dekoracji trzeba było zbudować w studio. Tu, w Warszawie. Wnętrze żaglowca Cutty Sark budowaliśmy na Chełmskiej. Pamiętam, jak z Andrzejem sami pokrywaliśmy wnętrze kadłuba kolejną warstwą lakieru, bo już nikt nie miał do tego cierpliwości. Biura w Bangkoku powstały w zakładach spirytusowych na Pradze, kapitanat portu — w Bułgarii, a w prawdziwym Bangkoku kręciliśmy Conrada przechodzącego przez most w drodze do portu. W filmie te trzy obiekty składały się na jeden, więc kolory musiały być pokrewne, również światło. Blask słońca w Bangkoku musiał być taki sam jak na Pradze czy w Bułgarii. I był.

Czy nie korci pana wizja zrobienia własnego filmu?

Kilku aktorów, operatorów i scenografów zrobiło własne filmy, ale na ogół były nieudane. Poza jednym scenografem, który głównie robi filmy i jest świetnym reżyserem — Ridleyem Scottem. Ja filmu nie zrobię. To nie moja pasja. Chociaż kiedyś miałem propozycję od amerykańskiego producenta. Opowiadałem mu o środowisku przedwojennych polskich producentów filmowych, które znałem z opowieści ojca. Tak się zachwycił tematem, że zaproponował mi nakręcenie filmu. Odparłem: ja ci mogę to świetnie opowiedzieć, ale nie zrobię dobrego filmu. Mój ojciec, scenarzysta, był naprawdę bliski wyreżyserowania własnego filmu. Szkoda, że się nie zgodził, bo może wtedy, kto wie, może i ja bym się odważył. Z drugiej strony, mnie szalenie odpowiada sytuacja, w której reżyser wpuszcza mnie do kuchni tworzenia filmu, a nie tylko scenografii.

Tegoroczne Oscary. Na kogo pan głosował? Co pana zaskoczyło?

W tym roku nie było zaskoczeń. Zabrakło filmowych arcydzieł, choć było dużo dobrych filmów. Pominięty został włoski "Gomora". Nie wiem, jak to się stało. Z tych, które mogły dostać Oscara za scenografię, moimi faworytami były "Oszukana" i "Ciekawy przypadek Benjamina Buttona".

Zobacz więcej

Allan Starski


***

Starski zbudował scenografię do wielu reklam telewizyjnych. W ostatniej, dla firmy IKEA, sosnowe stoliki i metalowe łóżka zastąpił antycznym wystrojem pałacu Kleopatry, który niezbyt spodobał się jej teściowej, matce Antoniusza. Kleopatra postawiła jednak na swoim. W końcu to ona rządzi.

Polacy zdobyli 9 statuetek. W 1942 r. Oscara zdobył Leopold Stokowski za muzykę do filmu animowanego "Fantazja". 13 lat później Bronisław Kaper otrzymał Oscara za muzykę do filmu "Lili". W 1983 r. Oscar trafił do Zbigniewa Rybczyńskiego za krótkometrażowe "Tango". W 1994 r. Janusz Kamiński otrzymał go za zdjęcia do "Listy Schindlera", a Allan Starski i Ewa Braun — za scenografię i dekoracje. Pięć lat później Janusz Kamiński znów zdobył Oscara —za zdjęcia do "Szeregowca Ryana". W 2000 r. honorowego Oscara za całokształt twórczości otrzymał Andrzej Wajda, w 2003 r. — Roman Polański za "Pianistę", w 2005 r. — Jan A. P. Kaczmarek za muzykę do filmu "Marzyciel".

(ur. 1943). Syn słynnego scenarzysty i autora tekstów piosenek Ludwika Starskiego ("Zakazane Piosenki", "Nikodem Dyzma", "Hallo Szpicbródka"). Absolwent Wydziału Architektury Wnętrz ASP w Warszawie. Członek Amerykańskiej Akademii Filmowej. Zadebiutował w 1973 r. scenografią do filmu Ryszarda Bera "Chłopcy". Autor scenografii do ponad 50 filmów i spektakli teatralnych, w tym: "Człowiek z marmuru", "Danton", "Jezioro Bodeńskie", "Pan Tadeusz", "Plac Waszyngtona", "Europa, Europa", "Oliver Twist", "Hannibal". W 1994 r. otrzymał Oscara za scenografię do "Listy Schindlera", a w 2003 r. — Cezara za "Pianistę".

Akcja filmu Agnieszki Holland rozgrywa się w Nowym Jorku, ale kręcony był w Baltimore. Tytułowy plac Starski wyszukał w jednej z zapomnianych dzielnic miasta, w którym starej zabudowy praktycznie już nie było. Scenografia powstała od zera, ale i tak wyszło taniej niż w Nowym Jorku.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Konikowski

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu