Tegoroczna zbitka terminowa wyborów parlamentarnych i prezydenckich powtórzy się — oczywiście jeśli po drodze żadna kadencja nie zostanie skrócona — dopiero w roku... 2025, gdy będziemy już w okolicach VI Rzeczypospolitej. Teoretykom prawa wyborczego, politologom, socjologom, psychologom społecznym, analitykom opinii etc. wyjątkowy rok 2005 jawi się jako prawdziwa kopalnia materiału badawczego. Kampanie wyborcze dopiero startują, ale ich hierarchia ustaliła się niejako automatycznie — w odbiorze społecznym pierwsze miejsce zajmują personalne wybory prezydenta, dla rozwoju gospodarczego zaś decydujące znaczenie ma oczywiście podział mandatów w Sejmie, przesądzający o składzie rządu. Natomiast pies z kulawą nogą nie martwi się o przyszły Senat...
W państwie unitarnym istnienie drugiej izby parlamentu jest ustrojową paranoją i gdyby społeczeństwo zapytano w referendum, to Senat zostałby natychmiast zlikwidowany — tym razem naprawdę, a nie oszukańczo, jak w roku 1946. Bezsensu jego istnienia najlepiej dowodzą same partie polityczne, finalizujące w tych dniach listy wyborcze. Wszystko, co tylko się liczy — startuje do Sejmu, natomiast do Senatu spychany jest drugi garnitur lub politycy postrzegani negatywnie.
Karykaturą tego zjawiska jest burzliwa, wczoraj trwająca do późnej nocy, rozgrywka wewnątrz SLD, gdzie najwyższą karą za doprowadzenie rządzącej partii do upadku stała się zsyłka, ale nie na Sybir, lecz na... listę kandydatów do Senatu! Właśnie tak mieli zostać skazani obaj rywalizujący przywódcy „ancien régime”, Leszek Miller i Józef Oleksy. Ciekawe, że ich najbliżsi pomocnicy dostąpili łaski młodego przewodniczącego Wojciecha Olejniczaka i po staremu mają przewodzić okręgowym listom do Sejmu.
Z nieznanych powodów obecny Senat tyleż powszechnie, ileż błędnie tytułowany jest „izbą wyższą” parlamentu. Konstytucyjnie to izba równorzędna, natomiast politycznie — zdecydowanie podrzędna w stosunku do Sejmu. Najważniejsze jednak, że apanaże i przywileje senatorów są identyczne jak posłów. Z tego punktu widzenia krokodyle łzy zgranych polityków nie mają zatem żadnego sensu...