Warto wsiąść na stacji Holesovice w Pradze w szybki pociąg Pendolino i za kilkadziesiąt minut wysiąść w Ołomuńcu. Zanim tramwaj z dworca dojedzie w rejon starego miasta, podróżny syci się widokiem typowych czeskich przedmieść. Blokowiska, pawilony handlowe, murszejąca bylejakość. Tym większy jest zachwyt w chwili kontaktu z leżącym nad Morawą kilkusetletnim kompleksem urbanistycznym. Swoją wielkością zabytkowy Ołomuniec ustępuje tylko Pradze.
Sloup na uboczu
Szeroka uliczka, otoczona świeżo
odnowionymi kamienicami, pnie się delikatnie, po łuku, na rozległy rynek. Tu,
przy wtórze plusku fontanny z Juliuszem Cezarem, chłonie się przestrzeń.
Pośrodku placu rozsiadł się wiekowy ratusz. Pustką nie zionie, bo kręci się
wokół trochę turystów. Ale najwięcej miejscowych. Są weselni goście czekający na
młodą parę wychodzącą z mieszczącego się w ratuszu pałacu ślubów. Przyglądają
się im spod parasoli ci, którzy przyszli tu napić się piwa.
- Miejscowy
barok zawsze imponował, choć z perspektywy prażanina Ołomuniec to miasto trochę
na uboczu - zaznacza Marzena Sedláková, tłumacz języka czeskiego i przewodnik.
Przy rynku nie ma kościoła. Mimo to na placu dominuje sacrum. Jest przecież
sloup, jak go w skrócie zwą mieszkańcy, czyli barokowa kolumna Trójcy
Przenajświętszej. Zanim powstała, przeżyła czterech swych budowniczych. Dowodzi,
że wieki temu Ołomuniec pozostawał modnym miastem. W 1716 r., zgodnie z
ówczesnymi trendami, na Horní Náměsti rozpoczęła się budowa kolumny maryjnej.
Dzieło, wobec pomoru jej konstruktorów, udało się dokończyć dopiero 38 lat
później.
- Warto było czekać - kiwają głowami tubylcy.
Bo choć, jak
większość Czechów, to ateiści, wrażliwość na piękno i umiejętność liczenia koron
nie zginęła w tym narodzie tak szybko jak wiara. Kolumna ustawiona w
północno-zachodnim krańcu rynku przyciąga nie tylko ze względu na rozmiary.
Siedem lat temu sloup został wpisany na listę dziedzictwa światowego UNESCO i
jest znakomitym lepem na turystów: to największy w Europie zbiór rzeźb
barokowych rozmieszczonych na 35-metrowym słupie.
Zegar po liftingu
Dwumetrowe fundamenty kolumny zajmują
200 mkw. Ale najbardziej zachwyca bogactwo i kunszt zdobień: rzeźby i
płaskorzeźby na szczycie pokryte złotem. Szans na trafienie na listę UNESCO nie
ma zapewne orloj, ratuszowy zegar astronomiczny. Od kilku wieków z zapałem
przebudowywany, również po wojnie. W 1955 r. zyskał nową, socrealistyczną twarz.
W ramach liftingu dostały mu się m.in. pokaźne wizerunki chłoporobotników.
-
Ot, paradoks. Tym, którym nie odpowiada, pozostają antyczne fontanny i zabytki
rozsiane po całym mieście - uważa Marzena Sedláková.
Na umęczonych i
spragnionych czekają piwiarnie z własnymi wyrobami. Do najlepszych należy
nieodległy od rynku pivovar Moritz, sąsiadujący z budynkiem dawnej synagogi.
Miejsce z rodzaju tych, gdzie przy kuflu pilznera z gęstą pianą szybko zapomina
się o miernych napitkach wielkich koncernów. Jeśli do tego doda się swojską
atmosferę i lokalną serową specjalność - czyli kwargle ołomunieckie - to nie
dziwnie, że można tam przegapić niejeden powrotny Pendolino do Pragi.
Zmotoryzowanych przyciągną zapewne pobliskie klasztory, zamki i pałace.
Efektowny zamek Bouzov to bohater niejednego filmu, w pałacu Namˇeˇst na Hané
dech zapiera drogocenny zbiór miśnieńskiej porcelany. Oko kusi też ekspozycja
wystawnych karet wożących biskupów i arcybiskupów ołomunieckich. Po czymś takim
trudno wsiada się do ubogo inkrustowanego i przyciasnego fiata.
Biuro w windzie
Przesyceni starociami ulgę odczują
kilkadziesiąt kilometrów dalej, w Zlinie.
- Komunistyczny moloch - stwierdzą
niektórzy, widząc mieszankę nietynkowanej czerwonej cegły i stalowych okien
osadzonych na żelazobetonowym szkielecie.
Tak wygląda 77,5-metrowy mrakodrap
- wieżowiec oznaczony numerem 21. Swego czasu był najwyższy w Europie. To dawny
biurowiec firmy, która sprzedała 14 mld par butów. Bo Zlin to Bata i jej
założyciel - Tomasz Bata. Zanim zginął w wypadku samolotowym, z trzytysięcznego
miasteczka przemienił Zlin w 30-tysięczne imperium gospodarcze. Szef marzenie -
to przyzna chyba każdy mieszkaniec Zlina.
Legendy krążą o tym, jak Bata
bratał się ze swoimi pracownikami i budował dla nich miasto ogród. Zespół kilku
tysięcy identycznych, pudełkowych, piętrowych domków z czerwonej cegły,
wtopionych w park, znakomicie oddaje ducha przedwojennego funkcjonalizmu.
-
Mieszka się wygodnie, dużo zieleni, cicho i słońce, bo to południowy stok. Teraz
robotnik może sobie o czymś takim jedynie pomarzyć - wzdycha leciwa Sarka, która
jeszcze przed wojną pracowała u Baty, zarabiając dwukrotność ówczesnej średniej
pensji.
- Pracujte kolektivnˇe, ˇzijte individuálnˇe - mawiał założyciel
obuwniczej potęgi.
Choć widziane zza szyby miasto trąci socrealem, wkrótce
odsłania wyrafinowane piękno modernizmu. Nie bez powodu do Zlina przyjeżdżają
pielgrzymki adeptów architektury z całego świata.
Kopalnia po zabawie
Idée fixe Baty, dobro ludu
pracującego, nie znało granic. Velké kino, zbudowane w 1932 r., pozostawało
największym kinem z najpotężniejszym ekranem na Starym Kontynencie.
- Z
Charliego Chaplina mogło się tam jednocześnie śmiać 2600 osób - rzuca Marzena
Sedláková.
Dziś większość budynków jest odnowiona, ale Baty tu nie
uświadczysz. Firma przeniosła siedzibę do Szwajcarii, a w wywłaszczonym po
wojnie wieżowcu rozgościły się lokalne władze i restauracje. Nieopodal jest
muzeum buta. Za to w każdym niemal czeskim mieście przy głównych rynkach stoją
charakterystyczne pawilony ze sklepami Baty. Ta funkcjonalna architektura obecna
jest także na rynku w Ostrawie, rzut pantoflem od polskiej granicy. Plac,
otoczony czystymi kamieniczkami i zwieńczony starym ratuszem, nie przypomina
stolicy dawnego regionu górniczego. Kawałek dalej stoi przedwojenny ratusz,
kolejne cacko funkcjonalizmu. Z jego wysokiej wieży rozciąga się panorama na
spory kawałek Czech i Polski. Widać ostrawską ulicę Stodolni, gdzie mieści się
70 mniej lub bardziej modnych klubów.
- Najbardziej rozrywkowe miejsce w
całej republice - przyznaje Marzena Sedláková.
Zmęczeni nocnym życiem,
ukojenie znajdą w kopalni. Dul Michal pod Ostrawą został wyłączony z
eksploatacji w latach 90. Wciąż jednak, oprowadzani przez emerytowanego górnika,
możemy poczuć się jak przed szychtą. Wiszą ubrania, w komplecie jest osprzęt i
maszyneria. Mowa o potężnych technicznych cudeńkach z początku zeszłego wieku.
Kompleks architektoniczny kopalni, wraz z pomalowanymi na czarno majestatycznymi
maszynami Skody i Siemensa, ma zostać wpisany na listę UNESCO. To se ne vrati -
taka kopalnia, w czasach dwurdzeniowych procesorów, jest nie lada gratką.