Klienci TFI szukają bezpiecznej przystani

Jagoda Fryc
opublikowano: 2016-02-10 22:00

Fala ucieczki z funduszy akcyjnych wezbrała. W styczniu inwestorzy wypłacili z nich 900 mln zł — najwięcej od dwóch lat. Na napływ trzeba poczekać do hossy.

Gdyby tak z lokat do funduszy przepłynęło choćby 5 proc. — od dawna wzdychają zarządzający z TFI. Niestety dla nich ten przepływający strumień wciąż jest wąski, a co gorsze — w ostatnim czasie wręcz wysycha. Nie ma się jednak co dziwić, otoczenie rynkowe wyjątkowo nie sprzyja wychodzeniu z bankowego przyczółka, bo choć stopy procentowe są rekordowo niskie i zyski z depozytów bardzo skromne, to żadna siła nie jest w stanie wepchnąć inwestorów w ramiona funduszy, gdy na świecie czai się tyle zagrożeń — recesja w USA, twarde lądowanie w Chinach, konflikt na Bliskim Wschodzie i wreszcie ryzyko polityczne i regulacyjne w Polsce, które dołuje GPW. W efekcie w styczniu — po raz ósmy z rzędu — z funduszy detaliczny wyparowało 800 mln zł netto (po uwzględnieniu wpłat). Tylko z portfeli akcyjnych Polacy wycofali 900 mln zł, najwięcej od prawie dwóch lat — wyliczyły Analizy Online. Na drugim biegunie znalazły się te produkty, które przynajmniej z nazwy sugerują bezpieczną przystań. Jak świeże bułeczki sprzedawały się np. UniLokata i Quercus Ochrony Kapitału, które pozyskały w styczniu po 130 mln zł. Łącznie saldo sprzedaży w grupie funduszy gotówkowych i pieniężnych sięgnęło prawie 780 mln zł — najwięcej od listopada 2014 r. O tym, że Polacy uciekali od ryzyka, świadczyć może także napływ 30 mln zł do funduszy złota. — Przyczyn odpływu kapitału z funduszy akcyjnych należy upatrywać w kiepskiej koniunkturze na GPW. Spadki trwają już od dziewięciu miesięcy i dopóki sytuacja na giełdzie się nie poprawi, to nie widzę szans na odwrócenie tego trendu. Ale nie jest to wyłącznie problem związany z sytuacją wewnętrzną w Polsce, ona ma charakter drugorzędny. Kluczowe jest to, co dzieje się na rynkach globalnych. Jeśli tam koniunktura ulegnie poprawie, to i u nas powrócą zwyżki — uważa Marek Mikuć, prezes Open Finance TFI. Przypomina, że inwestorzy zagraniczni już od dłuższego czasu pozbywają się akcji z rynków wschodzących, do których zaliczana jest również Polska. Instytut Finansów Międzynarodowych (IIF) oszacował, że w 2015 r. globalni gracze wycofali z rynków rozwijających się aż 735 mld USD. Była to największa ucieczka kapitału od niemal 15 lat. Co gorsza, IIF prognozuje, że w 2016 r. ten niekorzystny — również dla GPW — trend się utrzyma, choć nieco spowolni — z rozwijających się gospodarek ma zostać wypłacone 450 mld USD. Innego zdania jest Tomasz Tarczyński, prezes Opoka TFI, który zwraca uwagę, że rynki wschodzące były w ostatnich trzech latach jednym z najgorszych miejsc do inwestowania, za co odpowiadał 14-16-letni cykl dolarowo-surowcowy, który w tym roku powinien odnotować dołek, a rynki krajów rozwijających się odzyskają w końcu siłę. Takie dołki zwykle kończą się jednak spektakularnym bankructwem, więc krótkoterminowo wciąż czekają nas przesilenia, które wyznaczy zmianę trendu.

— Jedyne, co można było zrobić po kryzysie rosyjskim z 1998 r., to kupić akcje na giełdach krajów rozwijających się. Podobnie może być teraz. Czekamy tylko na spektakularne bankructwa, po których rynki wschodzące oczyszczą się, tworząc fundamenty pod hossę. Nie ma jednak znaczenia, skąd czarny łabędź nadleci. Katalizatorem może być cokolwiek — chociażby upadek firm wydobywczych — tłumaczy Tomasz Tarczyński. © Ⓟ