Klimatyczny lobbing kuleje

Polskie firmy energetyczne, paliwowe i przemysłowe to wielcy nieobecni w Brukseli

Co z tego, że europejska polityka klimatyczna była tematem przewodnim niedawnej wizyty premier Ewy Kopacz w Brukseli. Co z tego, że dyskutowane obecnie ograniczenia klimatyczne decydują o przyszłości polskiego przemysłu, czerpiącego w 90 proc. energię ze źródeł węglowych. Na co dzień i na miejscu, czyli w Brukseli, polityką klimatyczną zajmuje się niewielu Polaków i mają do dyspozycji małe pieniądze.

Lepiej być na miejscu

Takie wnioski płyną z danych portalu LobbyFacts.eu, który zebrał dane z oficjalnego Rejestru na Rzecz Przejrzystości. Spójrzmy na ranking firm pod względem wielkości budżetu przeznaczonego na lobbing w Brukseli. W pierwszej dwudziestce jest 12 firm z sektorów paliwowego, energetycznego lub chemicznego, m.in. Siemens, BASF czy GdF. Nic dziwnego — to dla tych sektorów unijna strategia klimatyczna, dotykająca kwestii węgla czy emisji gazów cieplarnianych, ma kluczowe znaczenie. Brukselskie budżety tych firm to 2-5 mln EUR rocznie, a biura zatrudniają od kilkunastu do kilkudziesięciu osób. Polskich firm energetycznych, paliwowych czy chemicznych w czołówce nie znajdziemy. Większości nie znajdziemy nawet w ogonie listy, bo… po prostu ich w Brukseli nie ma. Na liście jest wprawdzie PGE, największa polska firma energetyczna, ale jej budżet to 150-200 tys. EUR rocznie. Zaskakuje też lista uprawnionych lobbystów, bo widnieje na niej Marek Woszczyk, prezes PGE, oraz dyrektor Monika Morawiecka, oboje na co dzień pracujący w Warszawie. Z sektora przemysłowego na liście jest jeszcze PGNiG (jeden lobbysta w Brukseli) i Arcelor Mittal Polska (jeden lobbysta, ale w Polsce) z budżetami mniejszymi od PGE. To tyle, jeśli chodzi o przemysł ciężki.

— To duży błąd, który popełniają polskie firmy. Trzeba mieć przedstawicieli na miejscu, którzy nie tylko oficjalnie zaprezentują stanowisko danej branży na seminarium i konferencji, ale też porozmawiają z urzędnikami, europosłami i przedstawicielami wpływowych organizacji. Często nieformalnie, czyli w przerwie spotkania, seminarium czy też podczas lunchu. Unijni urzędnicy najzwyczajniej w świecie często nie znają i nie rozumieją uwarunkowań naszej gospodarki — uważa Jacek Piekacz, w latach 2004-10 pracujący dla Vattenfalla w Brukseli.

Lepiej bezpośrednio

W rozmowach na temat aktywności w Brukseli polskie firmy podkreślają zwykle, że są tam reprezentowane przez stowarzyszenia branżowe. Faktycznie, w europejskiej stolicy obecny jest Euracoal, reprezentujący europejskie firmy węglowe (czyli, w uproszczeniu, Niemcy i Polskę), Fertilizers Europe, działający dla europejskiego sektora nawozowego (czyli m.in. Azotów) czy Polska Organizacja Przemysłu i Handlu Naftowego, reprezentująca polski sektor paliwowy (czyli m.in. PKN Orlen, ale też polskie oddziały Shella czy Statoila), a także Central Europe Energy Partners, reprezentujący wszystkie te sektory łącznie (na liście członków jest np. paliwowy Lotos, węglowe JSW, miedziowy KGHM).

— Organizacje branżowe są ważne, ale pamiętajmy, że końcowe stanowisko takiej organizacji to wypadkowa stanowisk różnych krajów, więc niekoniecznie uwypukla to, co ważne dla polskich firm. Nie ma sposobu skuteczniejszego niż bezpośredni kontakt — uważa Jacek Piekacz.

Za pozytywny sygnał można jednak uznać plan otwarcia w Brukseli biura Polskiego Komitetu Energii Elektrycznej (PKEE), zrzeszającego największe firmy energetyczne w Polsce, czyli PGE, Tauron, Energę i Eneę. Choć można się zastanawiać, dlaczego otwierane jest dopiero teraz. — Oficjalnego otwarcia można oczekiwać w najbliższych tygodniach. Na stałe w biurze pracować będzie jedna osoba, wspierana ekspertami PKEE w Polsce — zapowiada Maciej Szczepaniuk, rzecznik PGE. Budżetu rzecznik nie podaje, ale na stronie Lobbyfacts.eu widać kwotę 400-450 tys. EUR rocznie.

Lepiej rozmawiać, niż wydawać

Na tle budżetów pozostałych polskich podmiotów brukselski budżet PKEE prezentuje się okazale. Przewyższa np. budżet Vattenfalla, choć warto zauważyć, że szwedzki koncern za mniejsze pieniądze zatrudnia nie jednego, lecz pięciu lobbystów.

— To świetnie, że mają dobry budżet. Brakuje silnych polskich organizacji lobbystycznych w Brukseli — uważa Paweł Smoleń, prezes Euracoalu.

Choć przestrzega przed fetyszyzowaniem budżetu.

— Wydawanie pieniędzy i budżety na kilkadziesiąt milionów euro ma się czasem nijak do skuteczności działań. Mógłbym wytapetować lotnisko w Brukseli słowem węgiel, ale co to da? Tematyczne spotkania w parlamencie czy wynajęcie biura to nie są koszty idące w miliony. Bruksela to miejsce, gdzie jakość argumentów jest o wiele ważniejsza niż blichtr przyjęć. Brukselscy politycy chętnie przyjdą na dobrą prezentację, będą natomiast zakłopotani niepotrzebnym przepychem spotkań — uważa Paweł Smoleń.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Magdalena Graniszewska

Polecane