KLINIKOM NIE OPŁACA SIĘ WSPÓŁPRACA Z KASAMI
Prywatne przychodnie zyskują pacjentów
Od pierwszego stycznia szanse prywatnej i publicznej służby zdrowia miały zostać wyrównane. Teoretyczne założenia nie sprawdziły się w praktyce. Placówki prywatne przy podpisywaniu umów z kasami chorych brane są pod uwagę dopiero w drugiej kolejności.
Prezesi oraz dyrektorzy prywatnych klinik i przychodni obserwując wprowadzanie reformy zdrowia zdawali sobie sprawę, że nie mogą liczyć na zbyt wiele. Mimo to wielu włączyło się w reformę z nadzieją, że przynajmniej w niektórych dziedzinach zdobędą dodatkowych pacjentów. Tymczasem okazało się, że nie zawsze jest o co walczyć. W wielu przypadkach kontrakty z kasą są nieopłacalne.
Za niskie stawki
Paradoksalnie, najmniej opłacalne są kontrakty, z których uzyskaniem prywatne przychodnie nie mają problemów. By zawrzeć umowę na podstawową opiekę medyczną, wystarczy przedstawić listę z podpisami 2 tys. pacjentów, którzy chcieliby leczyć się w danej przychodni.
— Nie jest to trudne. Jednak wiele prywatnych jednostek, które mogły podpisać taką umowę, zrezygnowało z niej. Stawki proponowane przez kasy są żenująco niskie. Rocznie na podstawową opiekę jednego pacjenta możemy dostać około 60-80 zł — wyjaśnia Zbigniew Kowalczyk ze Związku Pracodawców Służby Zdrowia.
Twierdzi, że takie kontrakty są nieopłacalne również dzięki samym pacjentom.
— W przychodni publicznej zwykle do lekarza przychodzi 30 proc. zapisanych tam osób. Pozostałe 70 zwykle się nie pojawia. Mimo to przychodnia i za nich dostaje pieniądze. Przy takich proporcjach, nawet przy tak niskich stawkach, to się opłaca. Nasze nieszczęście polega na tym, że w przychodniach prywatnych sytuacja będzie zapewne odwrotna — tłumaczy Zbigniew Kowalczyk.
Przyznaje, że już pierwszy miesiąc obowiązywania reformy pokazał, że pacjenci, którzy na podstawową opiekę zdrowotną zapisali się do prywatnych klinik, odwiedzają je regularnie.
— W prywatnej przychodni chcą wykorzystać wszystkie możliwości, jakie daje im korzystanie z pomocy lekarza podstawowego — mówi Zbigniew Kowalczyk.
Mimo takiej sytuacji umowę z kasą chorych zdecydowała się podpisać przychodnia Falck.
— Za jednego pacjenta dostajemy 82 zł. Tak jak wszyscy, obawiam się, że w przypadku dużej liczby pacjentów ani nie zarobimy, ani nie zapewnimy najlepszej opieki. Jednak jest to ryzyko zawodowe, do którego musimy się przyzwyczaić — konkluduje Beniamin Krasicki, prezes Falck Polska.
Specjalistyczne trudniej
Przychodniom prywatnym najbardziej zależy na pozyskaniu kontraktów na usługi specjalistyczne i leczenie zamknięte. Trudno je zdobyć. Nie określono warunków, jakie trzeba spełnić, by je otrzymać. Na początku reformy mówiło się o konkurencyjności cenowej. Jednak prywatne przychodnie, mimo iż często proponują tańsze od publicznych usługi, są przez kasy chorych ignorowane i odrzucane.
— Chcielibyśmy podpisać umowę na położnictwo. Stawki, jakie zaoferowaliśmy Mazowieckiej Kasie Chorych, były bardzo niskie. Właściwie na granicy ponoszonych kosztów. Co z tego? Mimo iż byliśmy od publicznych jednostek o wiele tańsi, to kasa i tak je wybrała. Oświadczono, że oferta jest interesująca, ale nie w tej chwili, bo teraz nie mają pieniędzy — wyjaśnia Jan Młynarski, dyrektor Lecznicy Lekarzy Specjalistów — Sigma.
Twierdzi, że umowy z kasą są dla niego dość ryzykowne. Musiał zgodzić się na to, że za wszystkie zabiegi położnicze, bez względu na stopień ich trudności i koszt, dostaje jedną stawkę. Według niego, warto podjąć ryzyko. Jest to inwestycja na przyszłość. Do nowego systemu, mimo iż nie działa on najlepiej, trzeba wchodzić już teraz.
Wojciech Pawłowski, prezes Lux-Medu, chciałby zagospodarować pacjentami z kas chorych tę część możliwości przychodni w zakresie diagnostyki, które nie są w pełni wykorzystywane przy obsłudze pacjentów z zewnątrz. Jego centrum przystało na stawki zaproponowane przez kasę. Nie podpisano jednak jeszcze żadnej umowy. Mazowiecka Kasa Chorych, mimo iż dobiega połowa lutego, nie podjęła jeszcze decyzji. Nie skończyła pertraktacji z publicznymi zakładami. A to jest dla nich priorytetem.
— To oczywiste, że w stosunku do większości jednostek publicznych jesteśmy cenowo konkurencyjni. Nie da się ukryć, że prześcigamy je również jakościowo. Nie można się jednak łudzić. Reforma tylko w teorii wprowadza zasady wolnego rynku — wyjaśnia Wojciech Pawłowski.
Im się udało
Nie wszyscy narzekają. Są prywatne jednostki, które w zreformowanej służbie zdrowia znalazły swoje miejsce.
— Podpisywanie umów na przyszpitalny transport medyczny pozostawiono w gestii ich dyrektorów. Może dzięki tej decentralizacji udało nam się zawrzeć kontrakty z kilkoma szpitalami. Po prostu ich dyrektorzy nie mają zaufania do państwowych karetek, które oprócz nie najlepszej jakości świadczonych usług, są od nas droższe — wyjaśnia Beniamin Krasicki.
Przyznaje, że jego firma przygotowuje się również do świadczenia usług pogotowia ratunkowego.
— W Poznaniu już podpisaliśmy umowę, a w dwóch pozostałych miastach pertraktujemy z kasą chorych warunki. Oczywiście ceny, jakie im proponujemy, są ponad dwa razy niższe od normalnych naszych stawek. W Poznaniu za jeden wyjazd pogotowia płacą nam 150 zł. Zamawiając karetkę reanimacyjną prywatnie, pacjent musi zapłacić 350 zł — twierdzi Beniamin Krasicki
Twierdzi, że duńskie doświadczenia jego firmy pokazują, że publiczne kontrakty cenowo nigdy nie są zyskowne. Chodzi o zdobycie większej liczby pacjentów, którzy wyrównują różnice cen. W Polsce właśnie teraz nadarza się taka okazja.
I bez kas więcej
Mimo trudności z kasami, większość dyrektorów prywatnych przychodni nie może narzekać na brak pacjentów. Bałagan, jaki powstał po wprowadzeniu reformy, sprawił, że wielu chorych nawet nie próbowało się leczyć w jednostkach państwowych. Od razu szli do prywatnych klinik.
— Ludzie nie przestali chorować dlatego, że strajkują anestezjolodzy. Wielu po prostu nie ma wyjścia. Musi leczyć się prywatnie — tłumaczy Zbigniew Kowalczyk.
Zdaniem Wojciecha Pawłowskiego, sytuacja nie zmieni się wraz z przerwaniem strajku. Prywatne kliniki i tak będą miały coraz więcej pacjentów.
— Pieniądze, jakie dostały w tym roku szpitale publiczne, stanowią 60-70 proc. tego, czym dysponowały w ubiegłym roku. Pacjentów, których ze względu na małe środki, nie będą mogły przyjąć, obsłużą przychodnie i kliniki prywatne. Już teraz powoli następuje komercjalizacja służby zdrowia — dodaje Wojciech Pawłowski.
NIEKONTROLOWANA APARATURA: Powinna się odbyć weryfikacja aparatury medycznej. Kasa Chorych podpisuje umowy nie sprawdzając sprzętu, na którym pracuje jednostka. Dzieje się tak dlatego, że w Polsce za mało uwagi zwraca się na jakość oferowanych usług medycznych — tłumaczy Wojciech Pawłowski. fot. Borys Skrzyński
KILKA MOŻLIWOŚCI
Prywatne przychodnie i kliniki z kasami chorych mogą zakontraktować różne usługi. Przy umowie na podstawową opiekę medyczną ustala się stawkę na jednego pacjenta i ich liczbę. Podpisując kontrakt na lecznictwo specjalistyczne kasy narzucają promesę — liczbę zabiegów i badań, za które zwrócą przychodni pieniądze. Oddzielnie należy zakontraktować również umowę na lecznictwo zamknięte. Ustala się ilość wykonywanych zabiegów i liczbę łóżek, na których można leczyć pacjentów. Stawki, które klinika dostaje za zabiegi, zależą od specjalności. Na przykład na kardiologii, bez względu na to, czy pacjent będzie miał prosty zabieg czy też poważną operację wynosi ona tyle samo.
JEDNA CENTRALA:
Niedobrze, że centrala alarmowa pogotowia nie jest niezależna. Dysponuje nią publiczna „erka”. Obawiam się, że w momencie podpisania umowy z Mazowiecką Kasą Chorych, która płaci za dzień pracy, a nie za usługę, publiczne karetki zamiast dzielić się zleceniami po połowie, nam będą dawały ich więcej. Nie mając dostępu do centrali, nie będziemy mieli na to wpływu — mówi Beniamin Krasicki, prezes Falck Polska.
Fot G. Kawecki
Małgorzata Zgutka