Kokaina na falach

Karol Jedliński
opublikowano: 2009-06-26 00:00

Kiedy tysiące lat temu Egipcjanie dłubali łódki z pni drzew, nie podejrzewali, że największą atrakcją portu w Kairze będzie kiedyś jacht Romana Abramowicza.

aldemar Heflich, zwany czasem — bez złośliwości, acz z nutką zawiści — "człowiekiem-żaglem", nie marzy o stukilkudziesięciometrowym morskim potworze. Woli usportowioną 60-stopową łódź, którą mógłby szybko przemierzać akweny, podróżując dookoła świata.

— Każdy, kto płynął długi rejs na dużym i zwalistym jachcie, widząc mniejszą, zwinną i dobrze skrojoną łódkę, od razu pomyśli: "Boże, jak im dobrze, jacy oni szybcy!". Pęd pod żaglem na wodzie jest bardziej ekscytujący niż ścieżka kokainy — uważa Waldemar Heflich, redaktor naczelny "Żagli", magazynu obchodzącego w tym roku 50-lecie.

Polacy — jako naród z dostępem do morza — uchodzą za niezłych żeglarzy. Mistrzami są jednak ci, którym nie brak nie tylko wody, ale i gotówki. Wśród Skandynawów, Brytyjczyków, Francuzów, Greków czy Australijczyków żeglowanie jest tak powszechne, jak u nas grillowanie. Ale Laurent Bourgnon, szwajcarski wilk morski, został żeglarzem na przekór geografii. Pierwszy rejs odbył jako czterolatek, a 9 lat później opłynął kulę ziemską. Teraz popłynął w drugi taki rejs — jachtem motorowym zbudowanym w gdańskiej stoczni.

— Zabrałem rodzinę, bo chcemy się bardziej zżyć, a w codziennej gonitwie nie mamy ku temu wielu okazji — mówi Laurent Bourgnon, kapitan ekspedycji.

Cztery lata na wodzie

Wyprawę marzenie zaplanował na cztery lata. Zaokrętował żonę i czwórkę dzieci w wieku od 3 do 15 lat na stukilkudziesięciu metrach 70-stopowego katamaranu Sunreef Yachts. Ten pływający dom, pełen luksusów i bajerów, jest wart kilka milionów złotych. Rodzina Bourgnona obrała trasę upstrzoną portami: od Cannes, przez Wyspy Zielonego Przylądka, Brazylię, Patagonię, po Wyspy Wielkanocne i Polinezję Francuską. Wyruszyli we wrześniu 2008 r.

Marzenie? Jasne. Dla tych, którzy przygodę z wodą zaczynali w zgrzebnym PRL-u, atrakcją była przecież Wisła.

— Jeździłem na wakacje do babci, do Puław. Od razu mnie wzięło, choć debiut miałem nienajlepszy — opowiada Andrzej Skrzat, najbardziej znany polski konstruktor jachtów.

Raz sternik w przypływie dobrego humoru zostawił mu dwuosobową słomkę (rodzaj łodzi żaglowej). Wziął więc kolegę i hajda!

— Poszedłem za ostro. Mocowania masztu były trefne, poszedł w drzazgi na środku rzeki — wspomina Andrzej Skrzat, którego projekty trafiają nie tylko do polskich, ale też do włoskich i do francuskich stoczni.

Prestiżowy magazyn "Cruising World" uznał jedno z jego ostatnich dzieł — Delphię 33 — jachtem roku wśród jednostek importowanych do Stanów Zjednoczonych.

Andrzej Skrzat pływał już niejedną łódką na niejednym morzu, ale najbardziej lubi cichą marinę na Mazurach. W deszczowe dni.

— Leżysz sobie w cieplutkiej koi, słyszysz chlupot w burtach i do tego kap, kap o pokład — rozmarza się projektant.

Ech, te Baleary!

Nagradzana Delphia 33 powstaje w Olecku, w stoczni należącej do braci Wojciecha i Piotra Kotów. Na żeglowanie byli skazani, wychowali się w Mrągowie, w domu z ogrodem wychodzącym na jezioro. Gdy rozkręcali biznes, do Europy Zachodniej wpadali jak burza, po nocy spędzonej w aucie, by zdążyć dowieźć jacht na targi. Teraz, jako majętni właściciele potężnej stoczni, żeglują wynajętymi jednostkami po morzach południowych. Ale…

— Co roku 200 tysięcy Polaków pływa czarterami po Morzu Śródziemnym i po Adriatyku. Tymczasem Zatoka Pucka to też bardzo bezpieczny i piękny akwen — przekonuje Piotr Kot.

Waldemar Heflich, nieco poirytowany zimnym Bałtykiem, ma własne typy najpiękniejszych miejsc.

— Po pierwsze Pireus nad Zatoką Sarońską z widokiem na Akropol i Ateny. Gwarancja pięknych pejzaży, dobrej pogody i przyzwoitego wiatru. Po drugie Sardynia i Szmaragdowe Wybrzeże, czyli błękitne niebo, liczne imprezy i najpiękniejsze jachty świata. A po trzecie — Majorka i całe Baleary. Piękne miasta ze świetną infrastrukturą żeglarską — wylicza redaktor naczelny "Żagli".

Kulczyk w Monako

Do żeglarskich cudów zaliczyć można także norweskie fiordy, Karaiby i wybrzeża Florydy. Najważniejsze jednak nie gdzie, a z kim i jak. Tak przynajmniej uważa Henryk Strzelecki, twórca marki Henri Lloyd, której odzież z dumą wdziewają żeglarze na najważniejszych regatach świata.

— Karaiby? Są świetne. Ale najmilej wspominam czasy przedwojenne, kiedy wywierciliśmy z kolegą dziury w kajaku i zatknęliśmy na nim maszt z żaglem zrobionym z prześcieradła podkradzionego matce… I tak się pływało po jeziorach wokół mojej rodzinnej Brodnicy — wspomina z nostalgią Henryk Strzelecki.

Innego zdania jest zapewne Jan Kulczyk, który w zeszłym roku popłynął 61-metrowym luksusowym Phoeniksem oglądać z wody Roberta Kubicę ścigającego się na torze w Monako. Takie atrakcje nie były dane miliarderowi Larremu Ellisonowi, twórcy amerykańskiego giganta informatycznego Oracle, współwłaścicielowi jachtu "Rising Sun", wartego 200 mln dolarów. 138-metrowe "Wschodzące Słońce" po prostu nie zmieściło się w porcie.

Możesz zainteresować się również: