Koło ratunkowe za 180 mln zł

opublikowano: 01-07-2013, 00:00

Stocznia Gdańska liczy na 100 mln zł ze sprzedaży gruntów, Resztę dorzuciłby ukraiński inwestor i ARP.

Na dziś zaplanowano spotkanie przedstawicieli Agencji Rozwoju Przemysłu (ARP) oraz Stoczni Gdańsk. Od jego efektów zależy to, czy spółka przetrwa. Gra toczy się o 180 mln zł.

— Co najmniej tyle potrzeba, by dopiąć plan restrukturyzacji stoczni. Ponad pół roku omawiamy z ARP różne możliwości zdobycia tej kwoty — informuje Jarosław Łasiński, przewodniczący rady nadzorczej Stoczni Gdańsk.

Zgodnie z dyskutowanym scenariuszem około 100 mln zł miało pochodzić ze sprzedaży aktywów, a 80 mln zł z dokapitalizowania przez ukraińskich inwestorów, którzy w Polsce założyli spółkę Gdańsk Shipyard Group (GSG), kontrolującą 75 proc. akcji stoczni. Przy mniejszym zaangażowaniu Ukraińów 20-milionową lukę miałaby zasypać ARP, posiadająca niespełna 25-procentowy pakiet. Kilka dni temu Wojciech Dąbrowski, prezes rządowej agencji, zadeklarował chęć proporcjonalnego dokapitalizowania stoczni. ARP nie precyzuje jednak, jaką kwotę może przekazać i ile oczekuje od ukraińskich inwestorów.

Jest tajemnicą poliszynela, że sceptycznie odnosi się do zakupu stoczniowych nieruchomości. Agencja nie chce ich kupić, bo boi się, że transakcję zakwestionuje Bruksela. — Alternatywnym rozwiązaniem jest sprzedaż ARP hali K1, w której realizowana jest główna produkcja stoczniowa,i przekazanie nam jej w leasing zwrotny — informuje Jarosław Łasiński. Halą interesują się też inne firmy, ale to wymaga zdjęcia zabezpieczeń, ustanowionych na rzecz ARP w zamian za udzielenie przed laty stoczni ponad 100 mln zł pożyczki. Agencja nie komentuje kwestii majątkowych roszad.

Z nieoficjalnych ustaleń „PB” wynika, że obawia się, iż pieniądze ze sprzedaży nieruchomości trafią do ukraińskich inwestorów, i to dzięki nim właściciel podwyższy stoczniowy kapitał. — Ukraiński inwestor już wyłożył 440 mln zł na zakup akcji stoczni i inwestycje. Kilka miesięcy temu sprzedaliśmy część urządzeń Synergii 99 [właściciel pochylni należący do ARP — red.] za 15 mln zł. Zgodnie z porozumieniem z agencją, ekwiwalent pieniężny tej samej wysokości przekazali stoczni ukraińscy właściciele i tylko dzięki temu udało nam się przetrwać — zapewnia Jarosław Łasiński.

Fiskus szuka

Od kilku tygodni o przepływach finansowych między stocznią a strategicznym inwestorem krążą legendy. We wszystkich spółkach grupy w Polsce trwa kontrola skarbowa. Krążą pogłoski, że fiskus doliczył się wypłynięcia ze stoczni kilkuset milionów złotych.

— Kontrola rzeczywiści trwa, ale nic nie wiemy o podejrzeniach dotyczących wypływu funduszy — twierdzi Jarosław Łasiński. Według informacji „PB” mogą być m.in. efektem tego, że stocznia ma zablokowane wszystkie konta. Dlatego też płatności za zrealizowane kontrakty idą na konto GSG, którez tych pieniędzy finansuje działalność stoczni. Kolebce Solidarności od miesięcy grozi bankructwo. Biprostal złożył kilka dni temu wniosek o jej upadłość.

Zalega mu z zapłatą kilkuset tysięcy złotych. Firmy prowadzą rozmowy, niewykluczone, że wkrótce stocznia ureguluje dług i wniosek zostanie wycofany. Jednak aby faktycznie obronić się przed bankructwem, musi uzgodnić z Komisją Europejską nowy program restrukturyzacji i rozliczyć się z wykonania dotychczasowego.

Dziś do resortu skarbu powinno wpłynąć sprawozdanie. Dotychczasowy program zakończył się fiaskiem. Stocznia miała zainwestować 286 mln zł, a faktycznie wydała 85 mln zł. Na koniec ubiegłego roku powinna osiągnąć sprzedaż wysokości 309 mln zł oraz 44 mln zł zysku netto. Faktycznie przychody były o 55 mln zł niższe, a zamiast zysku stocznia miała 84 mln zł straty. Jej przedstawiciele za fiasko obwiniają nie tylko kryzys.

Nie do ruszenia

— W programie restrukturyzacji było napisane, że Bank Gospodarstwa Krajowego udzieli nam kredytu na budowę fabryki wież wiatrowych, ale kiedy zaczęliśmy negocjacje, zażądał przedstawienia wieloletnich kontraktów. Pokazaliśmy wstępne umowy ramowe, bo nie można mieć kontraktów na etapie starania się o kredyt na budowę fabryki. Obarczały nas też wymogi narzucone w 2009 r. przez ARP.Musieliśmy utrzymywać do końca 2012 r. 1,9 tys. pracowników na etatach, podczas gdy stocznie wokół preferują samozatrudnienie.

Obecnie już zmniejszyliśmy zatrudnienie o 300 osób. Więcej nie możemy, bo nie mamy pieniędzy na odprawy. Musieliśmy także przerabiać rocznie 22 tys. ton blach, co zmuszało nas do kontraktowania nierentownych kadłubów. W przeciwnym razie płacilibyśmy kilkudziesięciomilionowe kary — podkreśla Jarosław Łasiński.

Ani agencja, ani BGK nie skomentowały kwestii zapisów dotyczących kredytu. Szef stoczniowej rady twierdzi, że przedstawiciele spółki wielokrotnie próbowali uzgodnić z ARP wprowadzanie zmian. — Autorem programu jest zarząd stoczni, a zatwierdziła go Komisja Europejska i tylko ona mogłaby zaakceptować zmiany, a nie agencja — podkreśla Roma Sarzyńska- Przeciechowska, rzecznik ARP.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Katarzyna Kapczyńska

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu