Kolonizatorami nigdy nie byliśmy

Jacek ZalewskiJacek Zalewski
opublikowano: 2024-02-05 20:00

Andrzej Duda w tym tygodniu odpuścił sprawy krajowe i krąży wokół Jeziora Wiktorii we wschodniej Afryce.

Posłuchaj
Speaker icon
Zostań subskrybentem
i słuchaj tego oraz wielu innych artykułów w pb.pl
Subskrypcja

We wtorek biało-czerwony B737 nr 0112 „Ignacy Jan Paderewski” dosłownie nad nim przefrunie z Nairobi (Kenia) do Kigali (Rwanda). Gigantyczny akwen o powierzchni blisko 69 tys. km kw. jest sześć razy mniejszy np. od Morza Czarnego, ale znacznie większy od Azowskiego liczącego 39 tys. km kw. Odniesienie do wodnego otoczenia odległego Krymu jest nieprzypadkowe. Ku przestrodze — gdyby prezydentowi przyszła nagle w tych dniach do głowy publiczna złota myśl podobna do wygłoszonej o ukraińskim półwyspie „jeżeli popatrzymy historycznie, to przez więcej czasu był w gestii Rosji”. W postkolonialnej Afryce łatwo o wtopę, odkrywając np. w Kenii czy Tanzanii, że w okresie przyspieszenia cywilizacyjnego ludzkości te terytoria „przez więcej czasu były w gestii brytyjskiej”, zaś w Rwandzie — niemiecko-belgijskiej.

Rabunkowo eksploatujące Afrykę potęgi to dzisiaj filary Unii Europejskiej. Pod dywan praworządności i praw człowieka zamiatane są europejskie zbrodnie przeciwko ludzkości głównie z XIX, ale także XX wieku — ot, chociażby szokujące dokonania w tym obszarze wspólnotowego serca, czyli Belgii. W tym kontekście Polska rzeczywiście ma wobec Czarnego Lądu nieskazitelnie czystą kartę niewinności. Głównie jednak ze względu na słabość odrodzonej II Rzeczypospolitej, wszak sanacyjna Liga Morska i Kolonialna od 1930 r. demonstrowała w wielkich pochodach naszą mocarstwowość w korkowych hełmach i tropikalnych mundurach. Afrykańskie posiadłości Polski widziano na wybrzeżu — najpierw w Angoli, potem Liberii, Kamerunie i wreszcie na Madagaskarze.

Pierwsza w dziejach wyprawa prezydenta RP do państw wschodniej Afryki naturalnie obejmuje komponent gospodarczy. Wielu naszych konkretów biznesowych w tej części świata dotychczas wskazać się nie da, dorobkiem coraz liczniejszych polsko-afrykańskich forów gospodarczych pozostają głównie twórcze programy i wzniosłe deklaracje. Najbardziej znaczącym obiektem jest dość nowoczesna huta cyny w Rwandzie, posiadająca narzędzia identyfikowalności pochodzenia surowca oparte na najnowszych technologiach. Zbudowana w 1980 r. należy obecnie w trzech czwartych do grupy inwestycyjnej Luma Africa z polskim kapitałem, a dokładniej do funduszu LuNa Investment. Huta w Kigali naturalnie znajduje się na trasie podróży prezydenta. Innym polem aktywności znad Wisły w tym rejonie Afryki jest nasza turystyka w Tanzanii, a konkretnie postępująca polonizacja ośrodków wypoczynkowych na rajskiej wyspie Zanzibar.

Najbiedniejszy kontynent świata potrzebuje do przeżycia inwestycji dosłownie w każdej dziedzinie. Paradoksalnie jednak za wiele miejsca na tamtych rynkach już nie ma, ponieważ wszystko zajęli Chińczycy. Europejscy kolonizatorzy wykorzystywali Afrykę jako źródło taniej siły roboczej oraz surowców naturalnych, Chiny natomiast całkowicie uzależniają Czarny Ląd od preferencyjnych pożyczek i inwestycji. Obecnie pieniądze okazują się środkiem znacznie bardziej skutecznym niż w dawnej epoce karne ekspedycje mordujące tubylców. Oczywiście zróżnicowany jest sposób wykorzystywania strumienia finansowego z Pekinu przez rządy poszczególnych państw. Unia Afrykańska — stworzona na obraz i podobieństwo Unii Europejskiej — dostrzega wielkie różnice w rozwoju nielicznych państw, których rządy inwestują chińskie pieniądze rozważnie, a zdecydowaną większością, która je roztrwania, jedynie zwiększając poziom zadłużenia, czyli zależność od Chin. Mimo bardzo niekorzystnego trendu chińskie inwestycje w Afryce są przyczyną prosperity niektórych państw i poprawy jakości życia ich ludności. W zestawieniu z potężną ofertą chińską nasza ma rozmiar wręcz niszowy, ale oczywiście trzeba próbować.