Na pierwszy rzut oka imponujący wynik. W tym etapie prac nad budżetem zmagali się jednak przede wszystkim ze swoimi wyborczymi obietnicami, a dopiero w drugiej (a może i trzeciej) kolejności troszczyli się o stan finansów publicznych. Z owych czterech miliardów, jedynie półtora pójdzie na obniżanie deficytu budżetowego, reszta na podwyżki. Udało się więc pół cudu — wzrost płac przy jednoczesnym obniżeniu deficytu. Na cały cud — jednoczesną obniżkę podatku — nie starczyło ani czasu, ani być może pomysłu.
Z niektórych obietnic wyborczych przyszło więc zrezygnować, przynajmniej
na razie. Na likwidację podatku Belki i podatku Religi musimy poczekać co
najmniej rok, a może dłużej. Rząd i koalicja wysłały dość istotny sygnał —
obniżania deficytu budżetowego. W tym roku będzie to obniżka symboliczna i w
zasadzie wirtualna — bo w stosunku do założeń, a nie do realnego wykonania
budżetu na 2007 rok. Jeśli rządowi i koalicji udałoby się utrzymać w następnych
latach determinację w sprawie obniżania długu publicznego i zmniejszania potrzeb
pożyczkowych państwa, to w następnych latach możliwe będą odważniejsze
posunięcia.
Tak jak w poprzednich latach budżet powyborczy jest w pewnym sensie
budżetem zmarnowanym. Nowa ekipa rządowa nie ma czasu, by nadać planowi finansów
państwa autorski rys. Sęk w tym, że doświadczenie ostatnich kilkunastu lat uczy,
że także w następnych kolejne ekipy rządowe rezygnowały z radykalnych zmian,
czemu skądinąd trudno się dziwić, skoro tzw. wydatki sztywne stanowią ponad 70
proc. wydatków budżetowych. Wypada mieć nadzieję, że obecnej ekipie uda się
zerwać z tą siłą inercji i pokusi się w następnych latach o świeże spojrzenie na
budżet. Skoro w kilka tygodni udało się znaleźć cztery miliardy, kto wie, co
będzie, gdy się pogrzebie w budżecie kilka miesięcy.