Komentarz Jacka Zalewskiego: Anse i romanse

Jacek Zalewski
opublikowano: 14-02-2008, 08:03

Święty Walenty, biskup ścięty 14 lutego 269 r., był z wykształcenia lekarzem i dlatego patronuje przede wszystkim chorym na  padaczkę i podagrę.

Bardziej nośna PR-owsko okazała się jednak jego działalność uboczna, z powodu której stał się jednym z bardziej popularnych świętych. Otóż jako duchowny udzielał zakochanym ślubów bez zgody rodziców albo wręcz niezgodnie z surowym rzymskim prawem — na przykład młodym legionistom, którzy mieli walczyć za cesarza, a nie roztrwaniać energię na boku. Właśnie za taką obyczajową partyzantkę, osłabiającą bezpieczeństwo imperium, Walenty został stracony.

Święto Zakochanych pod względem stopnia skomercjalizowania sytuuje się w czołówce wydarzeń globalnych. Na pewno ustępuje jeszcze Bożemu Narodzeniu czy powitaniu Nowego Roku, ale dynamika wzrostu obrotów walentynkowym badziewiem jest imponująca. Notabene pierwszy raz trafiłem na Walentynki w Londynie w zamierzchłych czasach, gdy w naszym obozie społecznego postępu absolutnie panował Międzynarodowy Dzień Kobiet. Zapamiętałem wtedy, że 14 lutego królewska poczta wyjątkowo, po dawnemu, roznosiła przesyłki trzy razy dziennie, co kręciło łzy w oczach starszych londyńczyków, uważających standardowe roznoszenie listów tylko dwa razy dziennie za upadek obyczajów. Rzecz jasna była to epoka preinternetowa.

Są kraje udanie broniące się przed zalewem anglosaskiej tandety. Podczas ostatniego pobytu w Moskwie, gdzie standardem są kartki i gadżety upamiętniające kolejne święta — czyli Nowy Rok, wspomniany 8 Marca, 1 Maja, 9 Maja czy 4 Listopada (niegdyś 7 Listopada) — w ostatnich dniach absolutnie nie czułem zalewu materiałów walentynkowych. Dominowały zdrowe ideowo, patriotyczne kartki z okazji 23 Lutego — dawniej Dnia Armii Radzieckiej, a dzisiaj Dnia Obrońców Ojczyzny.

Walentynkowa teoria mówi, że miarą prawdziwego powodzenia jest liczba otrzymanych czerwonych serduszek, przy czym szczególnie cenne są… anonimowe. Medialna atmosfera ogólnego kochania się nie daje się przełożyć na obyczaje polityczne, ale tak się składa, że sytuacja wymusza okolicznościowe randki nawet tak niechętnych sobie prezydenta Lecha Kaczyńskiego i premiera Donalda Tuska. Najbliższa, zaraz po powrocie szefa rządu z urlopu, poświęcona będzie podsumowaniu jego wizyty w Moskwie oraz przygotowaniom do rozmów w Waszyngtonie.

Nie mamy prawa liczyć na natchnięcie skonfliktowanych stron duchem miłości. Ale niechby święty Walenty wyleczył stosunki na szczytach państwa przynajmniej z politycznej padaczki.

Jacek Zalewski, j.zalewski@pb.pl 

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Zalewski

Polecane