Opiewanie wyższości traktatu reformującego nad konstytucyjnym jest
ogromnym zakłamaniem. Przecież lwia część ustaleń z Rzymu została przeniesiona
do Lizbony! Zmieniły się głównie symbole — wycofano się ze źle kojarzonej nazwy
„konstytucji” oraz upodmiotowienia flagi z dwunastoma złotymi gwiazdami. Ale
wprowadzona zostaje instytucja kadencyjnego przewodniczącego UE, co
zmarginalizuje przekazywane co pół roku prezydencje poszczególnych państw
członkowskich — w tym naszą w 2011 r. — i zmieni zasady prowadzenia polityki
międzynarodowej Unii traktowanej jako całość.
Prawdziwa wartość traktatu lizbońskiego wyjdzie, gdy przebrnie on proces
ratyfikacyjny we wszystkich 27 państwach. Czasu nie pozostało wiele, skoro ma
wejść w życie 1 stycznia 2009 r., a najpóźniej w czerwcu tegoż roku, razem z
wyborami do Parlamentu Europejskiego. Prezydent Sarkozy już zadeklarował, że
Francja chciałaby zatwierdzić traktat jako pierwsze państwo UE, aby zdjąć
ratyfikacyjną hańbę — oczywiście uchwałą Parlamentu. Ale na przykład Irlandia
referendum nie odpuści, co już teraz stawia losy niepodpisanego jeszcze traktatu
lizbońskiego (ceremonię zaplanowano na 13 grudnia) pod znakiem zapytania.
Prezydent Lech Kaczyński ogłosił triumf z powodu dołączenia do traktatu legendarnej Joaniny, czyli odkurzonego przepisu z wewnętrznego regulaminu Rady UE, pozwalającego odłożyć „na rozsądny czas” podejmowanie technicznych decyzji, jeśli jedno lub grupa państw się sprzeciwia, a nie zdoła zebrać większości blokującej. Polski postulat przeszedł w Lizbonie nadspodziewanie gładko, albowiem Joanina została przez największe państwa zmarginalizowana. Nasi teoretycy wyliczyli, że dzięki obniżeniu progu do 19 proc. ludności UE wystarczy porozumienie się Polski z którymś z największych państw (w domyśle — w jednych sprawach z Wielką Brytanią, a w innych z Francją), aby Joanina stała się narzędziem realizacji mocarstwowych ambicji budowniczych IV RP. A przecież Niemcy będą mogli wykorzystywać ten sam mechanizm praktycznie samodzielnie.
Państwem, które osiągnęło w Lizbonie wymierny i dostrzegalny przez
każdego obywatela sukces, nie jest Polska, nie są też Włochy wyrywające mandat w
Parlamencie Europejskim, nie jest Wielka Brytania — lecz Bułgaria. Unia zgodziła
się pisać nazwę „euro” w cyrylicy jako „ewro” — na razie tylko w dokumentach,
ale przyjdzie czas także na banknoty. Gdyby kiedyś do wspólnoty przystąpiła
Ukraina, a może nawet Rosją — będzie jak znalazł…