Do oczywistych oczywistości należy zdobycie największej liczby sejmowych mandatów albo przez Prawo i Sprawiedliwość, albo przez Platformę Obywatelską — oraz niemożność samodzielnego rządzenia przez zwycięzcę. PO dawno się z tym pogodziła, za to PiS nadal nakręca się mirażem 231 posłów. Dlatego zwycięstwo 21 października może być postrzegane tylko w kategoriach psychologicznych. Nawet przeliczeniowa metoda d’Hondta nie pomoże i lider zapewne nie przekroczy liczby 200 mandatów. W związku z tym całkiem realnie rysuje się czarny scenariusz pójścia Polski drogą Ukrainy czy nawet — odpukać — podzielonej Belgii, która rządu nie ma cztery miesiące po wyborach.
Niewątpliwym hitem kampanii była w piątek długo oczekiwana debata
telewizyjna między szefami PiS i PO, bezpośrednio rywalizującymi w Warszawie —
prezesem Jarosławem Kaczyńskim a przewodniczącym Donaldem Tuskiem. Notabene obaj
mieli pewne trudności, jak się wzajemnie tytułować, co natychmiast przypomniało
problem pamiętnej debaty Lecha Wałęsy z Alfredem Miodowiczem w 1988 r., kiedy
przewodniczący OPZZ fatalnie wybrał formułę „panie Wałęsa” — co od pierwszych
słów zwiastowało jego klęskę, cała debata zaś stała się początkiem upadku PRL.
Wszystkie sondaże zgodnie potwierdzają , że personalne starcie
bezdyskusyjnie wygrał Donald Tusk. Jedyną osobą uważającą inaczej jest Jarosław
Kaczyński. Wychodząc ze studia nr 5 na Woronicza, w którym odbywała się debata,
słyszałem pełne frasunku głosy wspierającej wodza młodzieżówki PiS, która między
sobą, szczerze, nie miała wątpliwości co do wyniku. Automatycznie nasuwa się
jednak pytanie — czy jakoś przełoży się to na wyniki 21 października? Przecież w
niedzielę zagłosują także wyborcy bez telefonów, nieoglądający niczego poza
serialami, a nawet niemający dostępu do... TVP 2 (są takie miejsca).
Siedząc w studiu blisko Kaczyńskiego i Tuska starałem się odczytać z
jakichś ich ulotnych gestów, jakichś strzępów słów wypowiedzianych poza ekranem
— czy wchodzi w grę powyborcza koalicja POPiS. Dzisiaj nic na to nie wskazuje,
chociaż… w polityce możliwe jest wszystko. Wystarczy przypomnieć wyrzucenie i
przywrócenie do łask Andrzeja Leppera. Rok temu Jarosław Kaczyński i Lepper
poobrzucali się wzajemnie „warcholstwem” i „chamstwem”, premier w „świętym
miejscu Polaków”, czyli w Stoczni Gdańskiej przysiągł narodowi nigdy nie
wchodzić w alianse z ludźmi o „podejrzanej reputacji” — i natychmiast swoją
przysięgę podeptał. Przyjmijmy zatem, że w polityce nie ma żadnych zasad, jest
tylko kurczowe trzymanie się koryta władzy.
Podczas debaty rozglądałem się po studiu za jednym koniecznym
urządzeniem, ale daremnie. Na wyposażeniu programu „Od przedszkola do Opola”
znajdował się oklaskomierz, mierzący natężenie owacji dla wykonawcy.
Niezbędnikiem debaty politycznej staje się kłamstwomierz, automatycznie
reagujący na wygłaszane nieprawdy, a po przekroczeniu czerwonej kreski —
wyłączający mikrofon...