Parlament jakieś tam szczegóły zmieni, ale nie generalia — w tym rzecz jasna nie wysokość deficytu. Budżet 2011 skrojony został zgodnie z potrzebami roku wyborczego — po stronie wydatkowej bez cięć, po dochodowej wzrosty zostały rozwodnione. Na przykład zamrożenie progów PIT to podwyżka podatku nieporównanie bardziej dyskretna od ruszenia samej stawki.
W kolejnych ustawach budżetowych przepisywana jest prawna nielogiczność, corocznie skutkująca finansowym samooszukiwaniem się — sformułowanie, iż regulują one dochody, wydatki i deficyt budżetu "państwa". Trudno precyzyjnie zdefiniować, co ustawa obejmuje, ale to budżet jedynie "rządowej części sektora finansów publicznych". W części samorządowej zadłużanie się każdej jednostki także podlega procedurom ostrożnościowym, jednak te kamienie sumują się w głaz u szyi finansów publicznych.
W tym kontekście przesadne jest emocjonowanie się liczbami zapisanymi w
cząstkowej ustawie, na przykład czy ze spółek skarbu państwa wydoi się 9,2 mld
zł czy tylko 8,5. W razie problemów uruchomiona zostanie kreatywna księgowość.
Za rok o tej samej porze, gdy będzie się rozkręcała kampania wyborcza do
parlamentu i ogłoszony zostanie projekt budżetu 2012, cząstkowe wykonanie roku
2011 na pewno okaże się właściwe! Najwyżej rozwinie się kilka miliardów,
sprytnie zrolowanych z deficytu tegorocznego. Ubiegłoroczne przeksięgowanie
obciążenia 10 mld zł z ustawy do funduszu drogowego dowodzi, że proceder
przywołany w tytule ma przyszłość.