Komercja to sztuka

Aleksandra Więcka
25-03-2005, 00:00

Ryszard Horowitz zrealizował w Krakowie zdjęcia do reklamy CH Arkadia. Temat: cztery pory roku. Kampania na billboardach i w prasie ruszyła 15 marca 2005 i potrwa do lutego 2006 r.

„PB”: Artysta sprzedaje swoje zdjęcia do reklamy — i to centrum handlowego. Woli pan świątynie komercji od świątyń sztuki?

Ryszard Horowitz: Nie zgadzam się z podziałem na sztukę wysoką i komercyjną — niską. Wiem, że ten podział w Polsce istnieje. Dali mi to odczuć moi koledzy, którzy do końca życia zostali malarzami i mieli mi za złe, że po wyjeździe do USA zająłem się reklamą. Uważali, że taka praca poniża, zmusza do obniżenia jakości. To kompletna bzdura. Każdy, kto zna historię sztuki, wie: przez wieki artyści tworzyli na zamówienie, byli sponsorowani przez mecenasów. Dla wartości plastycznej ich dzieł nie ma to dziś znaczenia! Kiedyś ludzi szokowało, że Laurence Olivier czy Orson Wells pracują w reklamie. A oni to robili dla zabawy, bo reklama to zabawa. I nic w tym złego. W Polsce sztuka w centrach handlowych jeszcze szokuje, a w Japonii każdy dom towarowy ma swoją galerię sztuki, gdzie wystawiają najlepsi artyści. Żyję w kulturze, gdzie ten problem nie istnieje. Wszyscy coś promują: artyści, pisarze, aktorzy, prezydenci...

„PB”: W Polsce od czasów Przybyszewskiego niewiele się zmieniło. Artystę postrzega się jako wrażliwca, uduchowioną istotę, dla której tak przyziemne sprawy jak mieszkanie czy samochód nie mają znaczenia…

R.H.: To kolejna bzdura! Myślę, że nawet ci, którzy ten mit rozpowszechniają, w niego nie wierzą. Profesorowie, którzy swoim studentom wkładają do głowy, że sztuka to sztuka, i nie ma nic wspólnego z komercją, sami też często dorabiają, wykonując zlecenia reklamowe. Tyle że pod stołem. Artyści przyjmują różne strategie. Jedni jasno rozdzielają: to robię dla reklamy, tamto jest moją artystyczną wypowiedzią. Innym udaje się te dwie rzeczy połączyć. Należę do tej drugiej kategorii. Mam dość energii i czasu, żeby robić zdjęcia dla siebie. Często potem te zdjęcia przedstawiam agencjom reklamowym i... po dodaniu nagłówka stają się reklamami. Z drugiej strony wiele fotografii nieżyjących już mistrzów, które też były wykonywane do reklamy, wisi teraz w muzeach. Wyjęte z reklamowego kontekstu, stały się sztuką i nikomu do głowy by nie przyszło, że ogląda komercję.

„PB”: Pracując w reklamie, nie musi Pan naginać się do gustu masowego odbiorcy, czy choćby zleceniodawcy?

R.H.: Wręcz odwrotnie. Mam wrażenie, że kiedy ktoś mnie zatrudnia, oczekuje, żeby moje doświadczenie, moje poczucie estetyki stało się częścią tego przekazu. Ja sam jestem autorem koncepcji, mam wpływ na to, kto będzie ze mną współpracował. Dlatego do reklamy Arkadii wybrałem Waldemara Pokromskiego, charakteryzatora współpracującego z największymi reżyserami Hollywood, z którym przegadałem wiele godzin na temat mojej wizji tych zdjęć. Zresztą nawet w umowie był wymóg, żebym wykazał się jako artysta, osoba twórcza. Gdyby potrzebowali kilku zwykłych zdjęć, nie musieliby mnie do tego ściągać.

„PB”: Ale pewnie jest Pan świadom, że elementem kampanii reklamowej Arkadii będzie wiadomość, że to Horowitz jest autorem zdjęć…

R.H.: A to już jest inna para kaloszy. Mnie pozostaje tylko przełknąć ślinę i mieć nadzieję, że moje zdjęcia zostaną wykorzystane tak, bym nie musiał się wstydzić. Ale gdybym w to nie wierzył, nie przyjąłbym tego zlecenia.

„PB”: Co Pana urzekło w tej propozycji?

R.H.: Temat wydał mi się interesujący, więc zaryzykowałem. Do ostatniego momentu nie wiedziałem, jak będzie. Nie znałem nawet modelki. A gdyby była kiepska, to dopiero byłaby wpadka! Ale na szczęście okazało się, że jest urocza, ma świetną osobowość, jest oddana pracy. Oczywiście pojawiły się i trudności. Kiedy zaczynaliśmy pracę ciągle słyszałem, że „tego nie ma, tamtego nie ma, pamiętaj, że jesteś w Krakowie, a nie w Nowym Jorku...”. Ale ja lubię przycisnąć, nie odpuszczam. I w końcu wszystko się znalazło, wszystko jest. Trzeba wiedzieć, czego się chce, czego zażądać, jak rozmawiać z ludźmi.

„PB”: Na Pana stronie internetowej, jeszcze zanim obejrzy się zdjęcia, trzeba przeczytać długi regulamin dotyczący praw autorskich i kar za ich naruszenie. Widać też ofertę sprzedaży zdjęć: za format mniejszy niż pocztówka — 500 dolarów. Potrafi Pan dbać o interesy...

R.H.: Trzeba mieć jakiś wrodzony instynkt. Nie jestem biznesmenem, ale też nie jestem idiotą. Należy umieć walczyć o swoje i od początku koncentrować się na tym, co nas interesuje. Na początku swojej pracy rezygnowałem z pewnych propozycji, chociaż łączyło się to oczywiście ze stratą pieniędzy. Ale one nigdy nie były dla mnie motywacją do pracy. Raz jest ich więcej, raz mniej. Gdybym dbał o to bardziej, to byłbym dziś może multimilionerem. A nie jestem. Nie przyjmuję na przykład robót tuzinkowych.

„PB”: Czyli to nie grzech dbać o pieniądze, gdy się robi sztukę?

R.H.: Absolutnie nie. A kto to powiedział? W Biblii to nie jest napisane. Zresztą, mówił to chyba Mick Jagger: największą sztuką jest sztuka zarabiania pieniędzy.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Aleksandra Więcka

Być może zainteresuje Cię też:

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Nieruchomości / Komercja to sztuka