Koniec monopolu na inwestycje

Polska, dzięki unijnym dotacjom, była zieloną wyspą na budowlanej mapie kontynentu. Rosną nam jednak silni konkurenci

Fundusze unijne od lat są motorem napędowym naszej gospodarki. W latach 2009-10, kiedy cała Europa była pogrążona w kryzysie, nad Wisłę zmierzali przedsiębiorcy z całego świata, by budować drogi, stadiony, bloki energetyczne i wodociągi czy też modernizować koleje i linie tramwajowe. Właśnie ruszamy z realizacją inwestycji z perspektywy unijnej 2014-20. Tym razem jednak nie będziemy jedynym dużym placem budowy Europy. Projekty szykują też Grecja, Litwa, Łotwa, Niemcy, Norwegia i Wielka Brytania.

Kolejka po kredyt

Wiele mówi lista wniosków kredytowych do Europejskiego Banku Inwestycyjnego (EBI).

Ministerstwo Infrastruktury i Rozwoju poprosiło EBI o 1,3 mld EUR kredytu na dofinansowanie projektów inwestycyjnych z perspektywy 2014-20. Pożyczka ma być jednym ze źródeł finansowania projektów wartych 17,42 mld EUR z dziedziny transportu, energetyki, telekomunikacji i edukacji. Pola nie ustępują nam Grecy, którzy wnioskująo 1 mld EUR kredytu na inwestycje za prawie 15 mld EUR. Litwini chcą pożyczyć 1,3 mld EUR na projekty warte 10,75 mld EUR, a Łotysze — 0,4 mld EUR na zadania wycenione na 6,7 mld EUR.

— To może oznaczać, że w tej perspektywie inwestycje rozłożą się w Europie bardziej proporcjonalnie — uważa Zbigniew Kotlarek, prezes Polskiego Kongresu Drogowego i firmy MSF Polska.

— Stawiałbym nie tylko na kraje, które będą inwestować dzięki unijnemu wsparciu, ale także z własnych funduszy. Wielka Brytania rusza z programem kolejowym. Infrastrukturalne inwestycje z coraz większym rozmachem realizuje też Norwegia, a Niemcy szykują się do wprowadzenia opłat drogowych, z których wpływy przeznaczą na gigantyczną modernizację — mówi Jan Styliński, prezes Polskiego Związku Pracodawców Budownictwa.

Niemcy ogłosili niedawno, że w autostrady zainwestują do 2020 r. co najmniej 25 mld EUR. Dla porównania Bruksela w tym okresie przyznała nam na inwestycje drogowe 15 mld EUR.

Z łapanki nie biorą

Inwestycyjna konkurencja w Europie może być szansą dla polskich firm, które w ostatnich latach bardzo ucierpiały z powodu wejścia do nas zagranicznych przedsiębiorstw.

Głodne kontraktów firmy światowe rzuciły się na polskie zlecenia, co doprowadziło do wyniszczającej wojny cenowej. Równomierne rozłożenie inwestycji może uchronić polskich wykonawców przed powtórką. Eksperci zalecają jednak umiarkowany optymizm. — W Polsce firmy zewnętrzne mają łatwy dostęp do kontraktów. Inne kraje nie są tak otwarte, raczej chronią się przed obcą konkurencją — podkreśla Zbigniew Kotlarek.

— Na nasz rynek wchodzi wiele nowych firm europejskich, które proponują bardzo niskie ceny. Na rynek niemiecki, brytyjski czy norweski nie dostaną się tak łatwo — przypomina Jan Styliński.

Ekspert dostrzega też inne zagrożenia: inwestycje na skalę kontynentu mogą spowodować wzrost cen materiałów. Są już pierwsze zwiastuny. Od kilku tygodni w Polsce drożeje stal, a firmy budowlane zaczynają narzekać, że brak jej na rynku. ArcelorMittal, największy na świecie koncern hutniczy, przewidując wzrost zapotrzebowania, uruchomił połowę instalacji w Europie, które wyłączył podczas kryzysu.

W czarnym scenariuszu podwyżki związane z europejskim rozwojem inwestycji okażą się nie do strawienia dla polskich wykonawców. Dariusz Blocher, prezes Budimeksu, od kilku tygodni alarmuje, że ceny usług budowlanych i marże są bardzo niskie, więc droższe materiały mogą zniweczyć cały zarobek.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Katarzyna Kapczyńska

Polecane