Obóz byków będzie uprzywilejowany z powodu „window dressing”. Być może początek tego widzieliśmy na rynkach amerykańskich już w piątek.
Z Ameryki
W zeszłym tygodniu na giełdach nastąpił pierwszy od połowy maja większy spadek indeksów. To był najgorszy okres od połowy kwietnia. Indeksy podczas czwartkowej sesji cofnęły się do poziomów sprzed pięciu tygodni. Wydawałoby się, że korektę na rynku akcji wywołała cena ropy, ale chyba nie była to jedyna przyczyna. Dojście notowań baryłki do 60 USD było granicą bólu, której przekroczenie wywołało wyprzedaż, ale warto zauważyć, że w tym samym czasie indeksy stanęły pod ważnymi oporami technicznymi i dłuższy czas nie były w stanie ich pokonać. Tak więc nie tylko ropa, ale i technika miała udział w giełdowym odwrocie.
Uwaga inwestorów w Stanach, podobnie jak w Europie, skupiała się na rynku obligacji. Prawie na całym świecie rosną oczekiwania na obniżenie stóp procentowych. W USA co prawda stopy wzrosną, ale spowolnienie gospodarcze i niska inflacja mogą zmusić Fed do chwilowego przerwania cyklu podwyżek. Chwilowego, bo nadal stopy nie byłyby na neutralnym poziomie. Na razie rentowność spada, a to do środy pomagało akcjom.
W czwartek decyzję o poziomie stóp procentowych podejmie FOMC (komitet sterujący polityką monetarną USA). Co prawda wszyscy wiedzą, że zostaną one podniesione o 25 pkt baz. (do 3,25 proc.), ale wiadomo również, że według wielu członków Fed neutralna stopa procentowa mieści się w przedziale 3,75-4,25 proc., więc ta podwyżka nie jest ostatnia. Gracze będą się wczytywali w komunikat po posiedzeniu Fed, ale trudno spodziewać się niespodzianki. Dane o inflacji były bardzo dobre, więc musi pojawić się sformułowanie o „inflacji pod kontrolą”. Inne dane makro w poprzednich tygodniach były słabe, więc zapewne dowiemy się, że mamy do czynienia z chwilowym spowolnieniem, a poziom stóp procentowych podnoszony będzie stopniowo. Jeśli rzeczywiście w komunikacie nie będzie niespodzianek, to trudno oczekiwać, by posiedzenie FOMC wpłynęło na rynki finansowe.
Ciekawe tylko, czy Fed nie powie czegoś o rynku ropy, zagrożeniu jakim jest on dla gospodarki i inflacji, oraz o rynku nieruchomości. Ten rynek jest ostatnio jednym z głównych tematów dyskusji medialnych. Tygodnik „Barron’s” z 20 czerwca opublikował artykuł o prognozach dra Roberta Schillera, który trafnie przewidział pęknięcie balonu spekulacyjnego w 2000 r. Oczywiście w tamtym czasie nie był to pogląd odosobniony (między innymi i ja taki rozwój sytuacji zapowiadałem), ale ciekawe jest to, że pracuje on w zespole, który nietypowymi metodami bada rynek nieruchomości. Z badań tych niezbicie wynika, że mamy do czynienia z balonem spekulacyjnym o niezwykłych rozmiarach. W minionym tygodniu sprzedaż domów na rynku wtórnym nieznacznie spadła, ale ceny nadal rosły. Przeciętna cena domu wzrosła w stosunku do maja 2004 r. o 12,5 proc., a to, jak na rynek amerykański, jest bardzo dużo. Nie wiadomo dokładnie, kiedy i co wywoła przecenę, ale coraz większa liczba dyskusji na ten temat musi wywołać niepokój, a za nim często idzie lawina wyprzedaży. Na razie jednak euforia trwa i nic nie sygnalizuje, że się skończy. Ale kiedy już się skończy, będzie słychać płacz i zgrzytanie zębów.
Obecnie rynek powinien skupić się na bieżących danych, a jego zachowanie w końcówce zeszłego tygodnia może sygnalizować, że wraca korelacja między danymi makro a ruchami indeksów. Gdyby nawet tak się nie stało, to warto dane makro obserwować, bo zupełnie inaczej wygląda sytuacja, kiedy ruchy indeksów są pobudowane makroekonomicznymi fundamentami, a inna, kiedy to tylko spekulacja. W tym drugim przypadku ryzyko inwestycyjne znacznie wzrasta. Szczególnie warto zwrócić uwagę na dane o wydatkach Amerykanów (pokażą, czy nadal wspierają gospodarkę, rujnując swoje budżety domowe) oraz indeksy Chicago PMI i ISM, które pokażą, jaka w czerwcu była sytuacja w gospodarce, a szczególnie w jej części produkcyjnej.
Warto pamiętać, że w tym tygodniu kończy się nie tylko miesiąc, ale również kwartał i półrocze, więc w sposób naturalny obóz byków będzie uprzywilejowany z powodu robionego przez fundusze „window dressing”. Być może początek tego procesu widzieliśmy już w piątek, bo wolumen był zarówno na NYSE, jak i na NASDAQ o połowę większy niż w poprzednich tygodiach. Jest coś, co może niepokoić. Tydzień temu pisałem, że jeśli podawany przez International Securities Exchange (ISE) indeks ISEE (stosunek opcji call do opcji put) dochodzi do poziomu 250, to zazwyczaj poprzedza dużą i długą korektę. W piątek wzrósł do 247, co jest poważnym ostrzeżeniem. Pamiętajmy jednak i o tym, że 4 lipca to w USA Dzień Niepodległości, więc pod koniec tygodnia, mimo posiedzenia Fed, może nastąpić znaczne zmniejszenie aktywności, a to dużym zmianom indeksów nie sprzyja.
Z Polski
Na GPW po pięciu tygodniach zwyżki w końcówce tygodnia rozpoczęła się korekta. Jednak nawet ona nie przeszkodziła w nieznacznym wzroście indeksów. Nieprzypadkowo rozpoczęła się tuż pod rekordowym poziomem WIG i przed posiedzeniem Rady Polityki Pieniężnej. Część zagranicznych funduszy doszła do wniosku, że czas realizować zyski. Podobny ruch widzieliśmy w piątek na rynku walutowym, ale i tak w ciągu tygodnia złoty tylko nieznacznie stracił do dolara i wyraźniej umocnił się do euro.
Nadal nie widać korelacji, która dominowała w czasie, kiedy złoty bez przerwy się wzmacniał. Wtedy to polska waluta była tym silniejsza, im silniejsze było euro. Winna zniknięcia tej korelacji jest bardzo słaba wspólna waluta. Naszej pomagał światowy trend na rynkach obligacji. Otmar Issing, główny ekonomista ECB, powiedział, że ostatnia przecena euro nie wynika z siły gospodarki USA, ale z niepokojów politycznych w Unii i taka sytuacja nie potrwa długo. Ta wypowiedź oraz chłodzące oczekiwania obniżki stóp w Eurolandzie wypowiedzi innych członków ECB stanowiły przeciwwagę do większego niż oczekiwano cięcia stóp w Szwecji i wymowy protokołu z posiedzenia Banku Anglii (dwóch z dziewięciu członków było za obniżką).
Walka była nierówna — przeważyło oczekiwania na cięcie. Poza tym wystąpienie Tony Blaira na forum Parlamentu Europejskiego, mimo że bardzo interesujące, nie dało wiele nadziei na szybkie zakończenie kryzysu w Unii. Paradoksalnie, euro traciło z tego samego powodu, dla którego złoty zyskiwał – właśnie z powodu oczekiwanej obniżki stóp. Tak często jest na rynkach, zwłaszcza na walutowym, że reakcja nie zależy od fundamentów, ale od nastrojów. Nastroje zaś są obecnie „antyeurowe” i „prozłotowe”. Nadal jednak uważam, że druga połowa roku będzie należała do euro.
W nadchodzącym tygodniu czekają nas dwa wydarzenia. We wtorek w Sejmie odbędzie się debata i głosowanie wniosku o odwołanie ministra finansów. SLD ma nie poprzeć wotum nieufności, więc jest duża szansa, że minister przetrwa, ale tylko szansa, a nie pewność. W okresie przedwyborczym wszystko się może wydarzyć, a Mirosław Gronicki nie jest ulubieńcem wyborców. Odwołanie szefa resortu finansów wywołałoby spore zaniepokojenie.
Nie chodzi nawet o to, że rynek tak go szanuje, ale pokazałoby, do czego przed wyborami zdolni są politycy, a poza tym zabrakłoby ministra, który tworzył projekt budżetu.
W środę komunikat po dwudniowym posiedzeniu opublikuje Rady Polityki Pieniężnej. Stopy zostaną obniżone, ale nie wiadomo czy o 25 czy 50 pkt baz. Ostatnie wypowiedzi członków RPP, a szczególnie uważanego za jastrzębia Dariusza Filara, sygnalizują, że wszystko jest możliwe. Szczególnie ciekawa byłaby obniżka o 50 pkt baz., bo rynki doszłyby do wniosku, że przynajmniej do października kolejnych cięć nie będzie, a to mogłoby wywołać realizację zysków na rynku obligacji i walutowym.
Obniżka o 25 pkt bazowych zostawiałaby wolne pole do dalszych cięć, więc realizacja zysków byłaby mniejsza, o ile by w ogóle wystąpiła, szczególnie, że cześć inwestorów opuszczała rynek walutowy i akcji już w piątek. Zakładam, że Rada obniży stopy o 25 pkt baz. i zmieni nastawienie z neutralnego na łagodne. Trudno mocno obniżać stopy widząc, co dzieje się z ceną ropy i obawiając się reakcji złotego na wynik wyborów. Doradca ekonomiczny prezydenta prof. Witold Orłowski twierdzi, że “jesteśmy skazani na umacnianie złotego, bo w Polsce wydajność pracy rośnie szybciej niż na zachodzie Europy”, ale profesor nie bierze pod uwagę tego, że rynek walutowy kieruje się najczęściej nastrojami i analizą techniczną, a nie fundamentalną. Będziemy dostawali środki z UE, a wydajność pracy będzie rosła, ale wystarczy niekorzystny dla rynku wynik wyborów, albo odwrót na rynku obligacji, by siła naszej waluty znikła, jak sen złoty.
Jeśli rzeczywiście w USA sytuacja na giełdach się uspokoi przed długim weekendem, a rentowność amerykańskich obligacji pozostanie niska, to wszystko będzie nadal sprzyjało rynkom finansowym w krajach rozwijających się. Obniżenie stóp procentowych przez RPP w połączeniu z wyczekiwaniem na posiedzenie ECB i Banku Anglii (przyszły tydzień) powinno hamować zapędy niedźwiedzi. Nie wiem, czy fundusze zagraniczne pociągną rynek wyżej, ale widzę, że są w dalszym ciągu obecne i chyba tylko dalsze zwyżki cen ropy mogłyby je do naszego rynku zniechęcić.
Ropa może nawet pomóc bykom, bo jest bardzo prawdopodobne, że wpadły one w końcu tygodnia w pułapkę. Po tak dużym wzroście cena baryłki może (i powinna) przed długim weekendem w USA, skorygować się, a to w naturalny sposób zachęciłoby graczy do kupna akcji. Utrzymujące się bardzo „niedźwiedzie” nastroje (Wigometr) też nie są zapowiedzią dużych spadków indeksów. Najbardziej prawdopodobne jest w takiej sytuacji, że oczekiwanej przez inwestorów dużej korekty nie będzie.