Konstytucja dla Europy wraca na plan

Jacek Zalewski
opublikowano: 2005-12-22 00:00

Zmienność nastrojów decydentów w Unii Europejskiej potwierdza uniwersalność przysłowia, że zwycięstwo ma wielu ojców, porażka zaś jest sierotą. Wkrótce po budżetowym kompromisie osiągniętym na szczycie w Brukseli odżyły nadzieje na uchwalenie Konstytucji dla Europy, choć niekoniecznie w wersji podpisanej w Rzymie 29 października 2004 r.

Przypomnijmy, że rzymski traktat miał wejść w życie 1 listopada 2006 r. pod warunkiem, iż do tego dnia zostanie ratyfikowany przez wszystkich sygnatariuszy. Społeczeństwa Francji i Holandii powiedziały „nie”, co natychmiast sparaliżowało klasę polityczną pozostałych państw UE — oprócz tych nielicznych, które już zdążyły powiedzieć „tak”, głównie ustami parlamentów. Było to klasyczne zachowanie stadne — traktat stał się wręcz obrzydliwy ludziom, którzy na rzymskim Kapitolu wychwalali jego doniosłość.

Brukselski kompromis przywrócił Niemcy, pod przewodem Angeli Merkel, na stanowisko pierwszego rozgrywającego UE. W naturalny sposób pani kanclerz jako pierwszej zebrało się na odwagę, aby stwierdzić, że Konstytucja dla Europy jest jednak potrzebna. Zgodnie z prawidłowością zachowań stadnych, w najbliższym czasie można spodziewać się podobnych deklaracji innych decydentów.

Jeśli temat poprawek w tekście rzymskim wkrótce stanie w centrum zainteresowania szefów państw i rządów Unii Europejskiej — to wypada do nich zaapelować, aby od udziału w przełamywaniu konstytucyjnego kryzysu trzymali jak najdalej prezydenta Jacquesa Chiraca...