Księża pedofile i chroniący ich biskupi. Sojusz ołtarza z tronem. Papież Franciszek pod ostrzałem prawicowych mediów. Kościół hierarchiczny, czyli po prostu kler, dostaje baty ze wszystkich stron, nie zawsze słusznie. Dokłada się także Tadeusz Bartoś, filozof, wykładowca akademicki i były dominikanin, którego pierwsza powieść „Mnich” właśnie trafiła do księgarń.
Trudno nie wytknąć autorowi przesady, jednostronności i braku obiektywizmu. Do namalowania zakonnego światka używa tylko ciemnych kolorów. Rzeczywistość rzadko jest aż tak zła — lub aż tak dobra — jak się nam wydaje. Przede wszystkim zaś zawodzą ludzie po obu stronach klasztornego muru. Prof. Bartoś sięga po stereotypy rodem z antyklerykalnych „Faktów i Mitów”, co może dziwić, zważywszy, że mamy do czynienia z wybitnym intelektualistą. Problem ze stereotypami nie polega na tym, że są nieprawdziwe, ale na tym, że są niekompletne. Grzech generalizacji nie przesłania jednak głównego waloru „Mnicha”: jest to wnikliwa analiza asymetrycznej relacji jednostka — organizacja. Tę asymetryczność trafnie oddał poeta: „Jednostka zerem, jednostka niczym, jednostki głosik cieńszy od pisku”. Tytułowy bohater, 20-letni Jan, na fali młodzieńczego idealizmu wstępuje do zakonu. Chce służyć Bogu. Każdy dzień potwierdza, że wybrał najlepszą drogę. Pracuje usilnie nad sobą. Rozpiera go entuzjazm. Jest radykalny. Do czasu. Po kilku latach spędzonych w klasztorze odkrywa, że zamiast do braterskiej wspólnoty, trafił do zamkniętego środowiska dziwaków, destrukcyjnej grupy religijnej, zwyczajnej sekty. Ślub posłuszeństwa, który złożył, uprawnia jego opata, spowiedników i tzw. ojców duchowych do różnych form manipulacji i opresji.
Autorytaryzm przełożonego, instrumentalne traktowanie ludzi i regularne pranie mózgu — to znaki rozpoznawcze i sekty, i niejednej korporacji. Mnisi z książki prof. Bartosia śpiewają psalmy, by myśleć i czuć w jednym rytmie. Ich świeckim odpowiednikiem są przedstawiciele handlowi amerykańskiego potentata IT śpiewający na melodię „Singin’ in the rain”: „Sprzedajemy produkty IBM, sprzedajemy produkty IBM. Cóż to za wspaniałe uczucie, wszyscy ludzie na świecie naszymi przyjaciółmi są…” (swego czasu nagranie cieszyło się ogromną popularnością na YouTubie). Niektórzy szefowie traktują umowę o pracę, jakby to był mniszy ślub posłuszeństwa — i urabiają podwładnego do woli, oczekując od niego odpowiednich przekonań i emocji. Powinien on okazywać radość, zaangażowanie i pełną identyfikację z firmą. Czy takie żądanie nie jest przekroczeniem menedżerskich uprawnień? Dokładnie tak to oceniał Peter Drucker, wybitny autorytet w dziedzinie zarządzania. Pracodawcy, wara od osobowości pracownika — podkreślał. Zatrudnienie to umowa o konkretne zachowanie i domaganie się czegokolwiek więcej należy nazwać uzurpacją, nadużyciem władzy oraz niemoralnym i bezprawnym naruszeniem prywatności człowieka.
„Pracownik nie jest zobowiązany do »lojalności«, »miłości« ani »postaw« — pracownik jest zobowiązany do konkretnej pracy i do niczego więcej” — pisał Peter Drucker. To samo mówi Scott Galloway, wykładowca strategii marki na Uniwersytecie Nowojorskim, przerażony niemal religijnym kultem, jakim klienci otaczają najbardziej wpływowe firmy na świecie, nazywane wielką czwórką: Amazona, Apple’a, Facebooka i Google’a. Zachowujmy lojalność wobec ludzi, a nie organizacji — głosi profesor.
Cytuje słowa Edwarda Thurowa, brytyjskiego parlamentarzysty, wypowiedziane ponad 200 lat temu: przedsięwzięcia gospodarcze „nie mają ani ciała do ukarania, ani duszy do wiecznego potępienia”. Dlatego nie zasługują na uczucia i lojalność. Tymczasem korporacje, kościoły i państwa — twierdzi prof. Galloway — wykorzystują szczególnie młodych, mamiąc ich etosem poświęcenia i służby, rzadko natomiast oddając to, co są im dłużne. W przypadku najbardziej ideowych bycie częścią opresyjnych instytucji to najczęściej kiepski interes. Niektórzy w porę się z nich wycofują. A jak to było z Janem? Warto sięgnąć po powieść prof. Bartosia, by się o tym przekonać.
