...mimo to firmy przesadnie
o przyszłość się nie boją
Stopa bezrobocia stanęła w miejscu, a sprzedaż znów poszła w górę. Sielanka nie potrwa jednak długo.
Z najnowszych danych Głównego Urzędu Statystycznego (GUS) wynika, że stopa bezrobocia wyniosła w sierpniu 10,8 proc., czyli tyle samo, co przed miesiącem. To pozytywnie wpłynęło na nastroje konsumentów, którzy znów ruszyli na zakupy. Sprzedaż detaliczna zwiększyła się o 5,2 proc, licząc rok do roku, po wzroście o 5,7 proc. miesiąc wcześniej.
I na tym kończą się dobre wiadomości, bo — jak wskazują ekonomiści — w kolejnych miesiącach sytuacja się pogorszy.
— Sprzedaż detaliczna miała się nie najgorzej jak na środek kryzysu — ocenia Piotr Bielski, ekonomista BZ WBK.
Zaznacza jednak, że był to efekt wakacji — duża liczba osób, które dotychczas wyjeżdżały na zagraniczne wojaże, w tym roku pozostała w kraju, co odbiło się na wynikach sprzedaży.
Potwierdzają to dane GUS — w minionym miesiącu jedną z najszybciej rosnących kategorii pod względem sprzedaży była żywność, napoje i wyroby tytoniowe.
Okres wakacyjny dobiegł jednak końca, a wraz z nim dobre wyniki sprzedaży.
— W kolejnych miesiącach dynamika będzie maleć — prognozuje Marta Petka-Zagajewska, ekonomistka Raiffeisen Banku.
Tym bardziej że rynek pracy dopiero pokaże słabości.
— Z powodu zakończenia prac sezonowych już we wrześniu stopa bezrobocia może wzrosnąć do 11 proc. — ostrzega Adam Antoniak, ekonomista Banku BPH.
A to dopiero początek, bo z danych GUS wynika, że firmy już zapowiadają zwolnienia ponad 40 tys. osób.
— W IV kwartale nastąpi kumulacja zwolnień, a stopa bezrobocia w grudniu może sięgnąć nawet 12,5 proc. — mówi Marta Petka-Zagajewska.
Ekonomistka uspokaja jednak, że sytuacja na rynku pracy nie będzie katastrofalna. Dla porównania, na początku 2007 r. (jeszcze przed obecnym kryzysem) stopa bezrobocia wynosiła ponad 15 proc.
Dodatkowym pocieszeniem mogą być również badania koniunktury. Wynika z nich, że oczekiwania firm dotyczące przyszłości są coraz bardziej optymistyczne, mimo że obecna sytuacja pozostawia wiele do życzenia.
— Poprawa nastrojów na świecie powoduje, że przedstawiciele polskich firm mają nadzieję na szybkie odbicie również nad Wisłą — twierdzi Piotr Bielski.
W najlepszych nastrojach są firmy z branży przemysłowej.
— Poprawa sytuacji w zachodnich krajach może sugerować, że wkrótce napłyną do nich zamówienia, m.in. z powodu odbudowywania zapasów — mówi ekonomistka Raiffeisen Banku.
Gorsze nastroje panują w firmach handlowych, które, widząc kiepską kondycję na rynku pracy, spodziewają się w II połowie roku spadku sprzedaży.
Patrz na Węgry, rządzie
W luzowaniu pasa ekipa rządząca idzie dalej, niż żąda opozycja — biją na alarm pracodawcy.
Rządzie, obiecywałeś, że nie pójdziesz drogą Węgier i nie idziesz. Niestety, nie idziesz — bo Węgrzy wyciągnęli wnioski z własnych błędów i w kryzysie obniżają deficyt, podczas gdy ty go rozdymasz — wzdychają pracodawcy skupieni w Komisji Trójstronnej. I ostro krytykują projekt budżetu na 2010 r.
Wytykają rządowi, że w luzowaniu polityki fiskalnej poszedł znacznie dalej, niż żądała opozycja. Ekonomiści Business Centre Club, Konfederacji Pracodawców Polskich, PKPP Lewiatan i Związku Rzemiosła Polskiego twierdzą, że liczony dotychczasowymi metodami deficyt w 2010 r. wyniósłby 67,3 mld zł (a nie zapisane w projekcie 52,2 mld zł). Skutek: potrzeby pożyczkowe netto sięgną 90-100 mld zł, a państwo będzie wymiatało kapitał sprzed nosa spragnionym finansowania przedsiębiorcom.
Rządowe założenie, że inwestycje utrzymają się na dotychczasowym poziomie, to iluzja. Pracodawcy spodziewają się spadku 10-15-procentowego. Zaplanowane zwiększenie dochodów krajowych budżetu o 4,7 mld zł jest ryzykowne. Ekonomistom nie podoba się też limit wydatków — wyższy od tegorocznego realnie o 7,8 proc., przy zaledwie 1,2-procentowym zakładanym wzroście PKB. Wytykają rządowi m.in. 7-procentowe podwyżki dla nauczycieli, 15 mld zł na opiekę socjalną i 15,4 mld zł na KRUS.
Właściwie jedyne, co pracodawców w przyszłorocznym budżecie cieszy, to średnioroczna inflacja. Bo... niedoszacowana. Rząd obstawia, że wyniesie ona 1 proc. wobec obecnych około 3 proc. Oznaczałoby to ostre hamowanie cen. Wyższa inflacja to większe od planowanych dochody budżetu. I to właśnie wywołuje uśmiech na twarzach ekonomistów.
Rafał Białkowski