Nie sam, w ślad za nim zwiększy się sojuszniczy kontyngent wojskowy. Już od grudnia 100 brytyjskich specjalistów inżynieryjnych działa na granicy z Białorusią, teraz dodatkowo przyjedzie 350 żołnierzy szkockiego komanda piechoty morskiej. Z innej strony uruchomiony został most powietrzny 1700 żołnierzy amerykańskiej 82. dywizji powietrznodesantowej do podrzeszowskiej Jasionki. Co bardzo istotne, dodatkowe siły NATO zostały rozmieszczone – z założenia czasowo – na Podkarpaciu, czyli na wysokości naszej granicy z Ukrainą.
Nieco wyżej geograficznie, czyli na Białorusi, 10 lutego zaczynają się rosyjsko-białoruskie manewry „Sojusznicza stanowczość 2022” („Союзная решимость 2022”). Ogłoszonym przez Moskwę i Mińsk oficjalnym celem ćwiczeń – w odróżnieniu od cyklicznych o kryptonimie „Zachód 2021” te są całkowicie pozaplanowe – jest pogorszenie wojskowo-politycznej sytuacji na świecie, wzrost napięcia w Europie, w szczególności zaś w pobliżu zachodnich i południowych granic Białorusi. Podobno została ona hybrydowo zaatakowana przez NATO, a głównie przez jego uderzeniową pięść, czyli Polskę. Podczas ćwiczeń nastąpi wzmocnienie odcinków granicy państwowej w celu uniemożliwienia nielegalnego wjazdu na terytorium Białorusi uzbrojonych grup, blokowanie kanałów dostaw broni, amunicji oraz innych środków, które można wykorzystać do destabilizacji wewnętrznej. Kolejnym elementem będzie poszukiwanie, blokowanie i niszczenie nielegalnie uzbrojonych grup oraz grup sabotażowo-rozpoznawczych nieprzyjaciela. Specjalnie cytuję komunikaty zza Buga jako potwierdzenie, że tamtejsza propaganda jest lustrzanym odbiciem naszej.
Manewry odbywają się na pięciu wielkich, jeszcze poradzieckich poligonach. Jeden z nich znajduje się koło Brześcia tuż za Bugiem, generalnie blisko Ukrainy, dlatego „Sojusznicza stanowczość” bardzo silnie pogłębia quasi-wojenny kryzys. Ukraina została otoczona przez armię rosyjską realnie z trzech stron – naturalnie od wschodu, od południa z Krymu i teraz od północy z Białorusi. Wyjątkowo niepokojąca jest jeszcze inna okoliczność. W odróżnieniu od standardowych procedur manewrów „Zachód”, tym razem Kreml przerzucił oddziały z… Dalekiego Wschodu. Wschodni Okręg Wojskowy jest położony najdalej geograficznie od Białorusi — w Azji, zatem przemieszczanie wojska aż stamtąd stało się wielkim testem rosyjskich możliwości komunikacyjnych i logistycznych.

Generalnie trudno mi uniknąć déjà vu – otóż jesienią 1941 r. po uderzeniu Niemców radziecki znakomity szpieg Richard Sorge przekazał z Tokio informację, że Japonia nie uderzy jednak na Związek Radziecki i na razie skierowuje się przeciwko USA (co wkrótce zmaterializowało się uderzeniem na Pearl Harbor). Wtedy dywizje syberyjskie zostały przerzucone na front przeciwniemiecki w dramatycznej fazie obrony Moskwy. Osiem dekad później car Kremla widzi wroga znowu na Zachodzie, tyle że faszystów zastąpiło NATO. Władimir Putin bardzo wspomaga się nawiązywaniem do tradycji ZSRR – wszak 23 lutego, czyli tuż po planowym zakończeniu manewrów, obchodzony jest bardzo podniośle Dzień Obrońców Ojczyzny, czyli dawny Dzień Armii Radzieckiej.
Trwałym następstwem „Sojuszniczej stanowczości” może być stałe rozlokowanie się wojsk rosyjskich na Białorusi. Lejtmotywem mocarstwowej demonstracji militarnej jest przecież obrona tzw. Państwa Związkowego Białorusi i Rosji, znanego pod skrótem ZBiR. Jeśli plan Kremla zostanie zrealizowany, będziemy mieli wojska rosyjskie u bram z dwóch stron – i od Kaliningradu, i na stałe tuż za Bugiem…