Kryzys zajrzał w oczy Makro

Wiktor Szczepaniak
opublikowano: 2009-09-24 09:26

Znanej sieci hurtowni cash carry ubywa klientów. Handlowy gigant martwi się spadkiem liczby małych sklepów spożywczych. Chce je ratować. I siebie.

Złote czasy dla sieci Makro Cash Carry w Polsce już się skończyły. Kiedy firma zaczynała ekspansję w naszym kraju, w handlu dominowali polscy kupcy, z których duża część zaopatrywała sklepy w halach cash carry. Dziś, za sprawą presji ze strony prężnie działających sieci hipermarketów czy dyskontów, tradycyjne polskie sklepy przeżywają trudne chwile, co odbija się m.in. na Makro, dla którego stanowią one główną grupę klientów. I choć zarząd Makro nie chce przyznać wprost, że traci klientów z sektora handlowego, nie pozostawiają co do tego żadnych złudzeń dane rynkowe, jak też ruchy biznesowe tej firmy.

Równia pochyła

— Niestety, z powodu spowolnienia gospodarczego i rosnącej konkurencji ze strony dyskontów od 2008 r. obserwujemy znaczący spadek liczby niezależnych sklepów spożywczych, co jest widoczne zwłaszcza w przypadku małych sklepów. Liczba tych ostatnich kurczy się w ostatnich latach aż o 8-10 proc. rocznie — mówi Uwe Hoelzer, prezes Makro Cash Carry Polska.

Z danych firmy badawczej Nielsen wynika, że liczba małych sklepów spożywczych spadła w 2008 r. do 59,8 tys., wobec 66,7 tys. w 2007 r. czy blisko 74 tys. w 2005 r.

— Dwa lata temu mówiłem ówczesnemu prezesowi Makro, że bez rozsądnej regulacji polskiego rynku handlowego wypadną z niego tysiące niezależnych sklepów, przez co firmy takie jak Makro będą tracić klientów. Jeśli nic się w tej sprawie nie zmieni, spadek liczby tradycyjnych sklepów będzie postępował, tak jak np. we Francji — mówi Waldemar Nowakowski, prezes Polskiej Izby Handlowej, znany m.in. z lobbowania za ustawą mającą ograniczyć ekspansję wielkopowierzchniowych obiektów handlowych.

Makro nie czeka jednak na rozwój wypadków z założonymi rękami. Próbuje ratować tradycyjne sklepy.

W jaki sposób? O tym w czwartkowym "Pulsie Biznesu"