Krzyż straszy za oceanem, ale zachęca w Warszawie

Kamil ZatońskiKamil Zatoński
opublikowano: 2014-09-23 00:00

Złowieszcza formacja krzyża śmierci majaczy na rynku amerykańskich spółek o niskiej kapitalizacji. Na GPW jest wręcz odwrotnie.

Kiedy średnia ruchoma 50-sesyjna przecina od góry średnią 200-sesyjną, lepiej być już poza rynkiem — głosi elementarz analizy technicznej, a tę formację dla wzmocnienia efektu określa się „krzyżem śmierci”. Jest coraz bliżej do tego, by powstała ona na wykresie indeksy Russell 2000, w którego skład wchodzą spółki o niskiej kapitalizacji, notowane na amerykańskiej giełdzie.

Komentatorzy jednak uspokajają i przywołują dane historyczne, zgodnie z którymi ci inwestorzy, którzy zagraliby na spadek indeksu w 2011 r., kiedy na wykresie również pojawił się „krzyż śmierci”, straciliby prawie jedną piątą,a średnia strata z takiej strategii od 1988 r. (przez ten czas krzyż zaobserwowano 19 razy) sięgałaby 5,5 proc. Zysk udałoby się osiągnąć zaledwie cztery razy, a więc w jednym przypadku na pięć.

Ponadto w dwóch ostatnich przypadkach, kiedy średnia 50-sesyjna zbliżała się do średniej o dłuższym horyzoncie, „byki” broniły rynek przed sygnałem bessy, bo do przecięcia się linii nie dochodziło.

Tymczasem na GPW doszło w zeszłym tygodniu do przecięcia obu średnich na indeksie WIG, tyle że w drugą stronę — krótsza przebiła od dołu dłuższą. To formacja „złotego krzyża”, która jest sygnałem hossy. Podobny sygnał poprzednio zdarzył się w sierpniu 2012 r., a WIG wzrósł wówczas o 20 proc. Wcześniej, w 2011 r., „krzyż śmierci” z opóźnieniem zasygnalizował natomiast głęboką przecenę.