Kto zdejmie z firm garb nadwyżek finansowych?

Paweł Zielewski
opublikowano: 2005-11-21 00:00

Nadwyżka finansowa — dla części firm marzenie, dla tych, którzy ją posiadają — niekiedy przekleństwo. Przekleństwo? Owszem, bo decyzja, jak zagospodarować nadwyżki, jest jedną z trudniejszych w codziennym biznesie. Bo co taki przedsiębiorca ma do wyboru? Lokaty, inwestycje w jednostki funduszy inwestycyjnych, inwestowanie na rynku kapitałowym, inwestowanie przy pomocy specjalistów od zarządzania aktywani, inwestowanie za pomocą funduszy hedgingowych, inwestowanie w gotowe portfele skrojone pod akceptowane ryzyko, inwestowanie w papiery dłużne, w obligacje skarbu państwa, w papiery komercyjne przedsiębiorstw, inwestowanie na rynkach zagranicznych... Wyliczać dalej?

Wbrew pozorom jednak dla ogromnej części przedsiębiorców bardziej zaawansowane technicznie produkty finansowe są niedostępne. Szczególnie dotyczy to całej rzeszy mniejszych i średniej wielkości firm. Powód jest prosty — im bardziej skomplikowany produkt, tym większe wymagania finansowe. A nadwyżki w kasie — wbrew pozorom — wcale nie są takie wielkie. Poza tym — firmy najzwyczajniej w świecie nie stać na zamrażanie wielkich pieniędzy w imię przyszłych zysków.

Nie dotyczy to — rzecz jasna — wielkich korporacji, które i tak traktowane są w bankach jako klienci najważniejsi z ważnych (sporo miejsca na ten temat poświęcamy w dzisiejszym dodatku „Filary Polskiej Gospodarki”). Mniejsze firmy muszą zadowolić się ofertami dostosowanymi do ich możliwości i potrzeb. Cóż takiego banki mogą zaoferować przesiębiorstwom, którym daleko do statusu korporacji? Generalnie rodzime instytucje finansowe stawiają na promowanie lokat. Nie nalegają przy tym na deponowanie pieniędzy na dłuższe okresy, świadome, że firma nie przyjdzie do banku z nadwyżką, jeśli wiązało się to będzie z perspektywą odłożenia ich na dłuższy czas. Powodzeniem cieszą się za to lokaty krótkie — od tygodniowych po trzymiesięczne. Ale nawet najkrótsza lokata może stać się przekleństwem, jeśli firma będzie zmuszona natychmiast wypłacić pieniądze, a przy okazji — stracić odsetki lub nawet zapłacić jakąś karę umowną. W końcu założenie lokaty to również określony koszt, który ponosi bank. Stąd generalnie wszystkie banki proponujące firmom lokowanie pieniędzy bardzo wyrażnie podkreślają, że konstrukcja produktów pozwala nie tylko nie stracić, ale nawet zarobić mimo zerwania lokaty. Temu z kolei mają służyć lokaty, które noszą różne nazwy — dynamiczne, kombinowane, hybrydowe — powstałe właśnie na potrzeby mniejszych firm.

Nie wszystkim jednak odpowiadają lokaty bankowe, które — co tu ukrywać — przynoszą zysk, ale niewielki w porównaniu z alternatywnymi, a równie łatwo dostępnymi metodami powiększania kapitału. Lokata traktowana jest jako swego rodzaju portmonetka, w kórej można schowac środki, by w każdej chwili z nich skorzystać, a przy okazji być może zyskać coś jeszcze, a już na pewno o wiele więcej niż na zwykłym firmowym rachunku bankowym.

Ci, którzy mają więcej wolnych środków i zarazem o wiele więcej wolnego czasu (czytaj: pewność, że przez jakiś — dłuższy — czas pieniądze nie będą im potrzebne), skłaniają się raczej ku pomnażaniu nadwyżek przy udziale towarzystw funduszy inwestycyjnych. Jednak niewielu jest takich przedsiębiorców. TFI to nadal domena indywidualnego ciułacza, ponieważ zaledwie jedna czwarta wszystkich ulokowanych w jednostki funduszy środków pochodzi z kas firmowych. Dlaczego? Specjaliści głowią się nad tym, próbując wypisać receptę ze złotym środkiem na tę dolegliwość. A być może przyczyna tak słabego zainteresowania ofertą funduszy leży w... braku wiedzy o ich użyteczności dla finansów firmy.

Pytani przedsiębiorcy, przedstawiciele małych i średnich firm, robili wielkie oczy, gdy sugerowaliśmy lokowanie nadwyżek w jednostkach funduszy. Znajomość zasad inwestowania przy pomocy TFI wcale nie idzie w parze z przekonaniem, że produkt ten może być także skrojony na miarę i potrzeby niewielkich firm. A może, o czym przekonują na łamach tego wydania „Drogi po kapitał” uważni obserwatorzy rynku z Analiz On-Line.

Dlaczego jednak — skoro wszystko tak ładnie wygląda i działa — szefowie firm nadal dość ostrożnie lokują pieniądze nie tylko w jednostkach TFI, ale i w bankach. A przynajmniej nie na taką skalę, jak by można się było spodziewać. Odpowiedź na to pytanie dają sami przedsiębiorcy. Ostatnia strona „Drogi po kapitał” kończy się — z punktu widzenia banków — dość smutnym akcentem. Szefowie małych i średnich firm tłumaczą, że wolą nadwyżki finansowe zainwestować w siebie (czyli w firmę), niż przekazywać je bankom lub TFI. Przyznają jednocześnie, że jeśli przyjmują określoną drogę rozwoju, bardzo trudno jest im osiągnąć nadwyżkę. Ku bankom zerkają raczej jako potencjalni kredytobiorcy niż lokujący. Jeśli już nawiązują kontakt z instytucjami finansowymi w tej drugiej roli, wybierają lokaty. Krótkie, traktowane jako tymczasowe przechowalnie pieniędzy.

Być może w przyszłości się to zmieni. Rynek lokat dla firm jest w pełni dojrzały. W ofercie można przebierać do woli. Wystarczy mieć... pieniądze. Dajmy firmom szansę, nie gańmy ich za brak zainteresowania ofertą banków inną niż kredytowa. Niech inwestują w siebie. Na zdrowie. Własne i banków. W końcu przecież wypracują nadwyżki, z którymi naprawdę nie będą wiedziały, co zrobić.

Partnerem tego wydania „Drogi po kapitał” jest Deutsche Bank, znany z oryginalnego podejścia do kwestii lokowania nadwyżek.