Łapać złodziei, zostawić zdolnych rachmistrzów

Andrzej Nierychło
opublikowano: 2002-08-22 00:00

Jeszcze chwila i kwestia uczciwości w biznesie zostanie zagadana na śmierć. A jest to sprawa fundamentalna. Czyni ją taką skala domniemanych przekrętów, ale przede wszystkim fakt, że obracamy się w sferze nieciągłości prawa, to znaczy tam, gdzie każdy paragraf jest dyskusyjny, a na pierwszy plan wysuwa się Dziesięć Przykazań i wewnętrzne poczucie przyzwoitości szefów firm.

Nie ma dwóch firm o takiej samej sytuacji, a dany sposób zapisu w księgach może być normą w branży X i skandalem w branży Y. Dlatego zawodzą najściślejsze regulacje kodeksowe, a ocenie podlegają intencje, czyli etyka członków zarządów oraz kwalifikacje zawodowe kontrolerów i audytorów.

Przy tym przyjęte już określenie „kreatywna księgowość” w odniesieniu do zwykłych oszustw jest idiotyzmem. „Kreatywny” to twórczy, wnoszący nowe idee, zatem pojęcie to niesie jednoznacznie pozytywne konotacje. Wszystkie zaś afery, już ujawnione i te, które dopiero wypadną z szaf, mają za przyczynę nie działalność twórczą, ale przestępczą. Chodziło i chodzi o to, aby oszukać — w pierwszej kolejności akcjonariuszy i władze skarbowe.

Księgowi, a przynajmniej znakomita ich większość, cierpią dzisiaj za niewinność. Pomysły lokowania strat w bilansach piętrowych spółek zależnych, stosowania rozmaitych cen wewnętrznych czy zapisywania już dzisiaj pożytków przyszłych i wcale niepewnych (typowe ponoć w budownictwie) nie rodzą się w pokojach księgowości, ale w umysłach prezesów i dyrektorów. Więc ani kreatywna, ani księgowość. Zwyczajnie — szwindle i defraudacje.

Pomieszanie pojęć zaszło tak daleko, że dziennikarz „Rzeczpospolitej”, który prowadził z szefem KPWiG rozmowę o owej kreatywnej księgowości, szybko przeszedł do jakości ogłaszanych rekomendacji, by wreszcie dojść do... dwuznacznej roli dziennikarzy piszących w gazetach o giełdzie, a pan przewodniczący chętnie podjął i ten temat, nie dostrzegając, że tkwi w malinach. Tendencyjne rekomendacje i skrzywione informacje w gazetach są oczywiście problemem, ale akurat z oszustwami księgowymi mają tyleż wspólnego, co z gwałceniem nieletnich i rozjeżdżaniem pieszych na zebrze.

Przede wszystkim, zawężanie kręgu inkryminowanych spółek jedynie do firm giełdowych jest błędne, jeśli idzie o nasz kraj. W Ameryce i innych państwach wiodących w świecie udział spółek notowanych na giełdach jest nieporównanie większy niż w Polsce. Tam obecność firmy na parkiecie to jest minimum przyzwoitości, prawo jazdy w biznesie. U nas tymczasem przejście wszystkich procedur kwalifikacyjnych i umieszczenie na liście jest wciąż czymś ekstra, złotym paskiem na szyldzie. Dlatego problem oszustw księgowych w USA to problem rynku giełdowego. W Polsce — jak wolno domniemywać, bo przecież nie ma żadnych wiarygodnych danych — największe skandale występują w firmach spoza GPW, tych dziwacznych konglomeratach, gdzie jedynym prawem jest wola szefa, zwykle domorosłego geniusza, który przecież sam „stworzył to wszystko z niczego” i nadal sam najlepiej wie, co jest dobre.

Jeśli zaś mamy rzeczywiście do czynienia z — nazwijmy rzecz po imieniu — złodziejstwem w elitarnym kręgu polskich spółek giełdowych, to pora postawić kilka naprawdę zasadniczych pytań.