Lek na całe zło

Karol Jedliński
opublikowano: 29-06-2007, 00:00

Paris Hilton hołubi Tinkerbella, państwo Bushowie — Barneya, a Kaczyńscy — Tytusa. Psy na salonach!

Jest ich w Polsce od 6 do 9 milionów. Wyróżniają się te kochane przez właścicieli. Albo za rasę, albo że takie słodkie, inteligentne... Myte szamponem, strzyżone, sypiają w wygodnych łóżeczkach. Rozmawia się z nimi, cierpi wspólnie, wokół nich kręci się wiele codziennych spraw. Bo to członek rodziny. Jeden z najważniejszych. Czasem tak ważny, że aż do Sejmu się dostanie.

— Ja z dogami w Sejmie? Happening. Weszliśmy tam tylko dlatego, że na ich widok straż sejmowa zdębiała — śmieje się Andrzej Halicki, poseł Platformy Obywatelskiej.

Ładne frazy

Happening był mrugnięciem oka w stronę marszałka Sejmu, Ludwika Dorna, który odwiedził ten przybytek z suczką Sabą. Ale to, co Andrzej Halicki trzyma w domu na warszawskiej Sadybie, wcale na happening nie wygląda. Pięć potężnych, błękitnych i czarnych dogów, niektóre wysokie na metr, ważące i po 70 kg. Polityk i biznesmen wraz żoną Agnieszką hodują je od lat. Nie dla zarobku. Dla satysfakcji.

— Duży charakterny pies do mnie trafia. To —po części — sprawa genów, rodzinnej tradycji —podkreśla Andrzej Halicki.

Przed wojną jego dziadek miał dwa dogi… I po wojnie w jego rodzinie znalazło się piękne, pokaźne psisko.

— Kiedy zobaczyłem Agnieszkę, moją przyszłą żonę, wyprowadzającą Indię, stalowej maści dożycę, zaniemówiłem — wspomina polityk.

Następczynię Indii — Suzanne Vega — znaleźli w Toruniu. Żeby mieć rasowego psa, musieli zarejestrować przydomek hodowli w związku kynologicznym.

— Chcieliśmy nazwę włoskojęzyczną, okazało się, że musi być polska lub łacińska — dodaje Agnieszka Sowa-Halicka.

Halicki podstępnie wybrał Modry Efekt, na cześć czeskiego zespołu rockowego założonego w latach 70., znanego bardziej jako Blue Effect.

— Pani w związku bardzo się ucieszyła, że to taka ładna fraza, niczym Modry Dunaj — śmieje się poseł.

Jeździ po Europie z psami na wystawy, szczeniaki trafiają do zaprzyjaźnionych hodowców na całym świecie. Modry Efekt wybrano hodowlą roku, a jej psie czempionaty — trudno zliczyć.

Borysem mówiąc

Nagrody ma na swym koncie także Tosia — mops, wcale nie jedyna pociecha Małgorzaty i Jacka Rozenków.

— Podrasta nam Bruno, dog kanaryjski ze znakomitego krycia na Kanarach. Chowamy go na kolejnego czempiona — zdradza aktor i właściciel EDEC, firmy szkoleniowo-doradczej.

W domu pełno psów, w sumie — jeśli doliczyć zwierzęta teściów — Rozenkowie mają kilkanaście. U siebie trzymają piątkę. Prócz wspomnianej dwójki — jamniczkę, szefową sfory, maleńką chihuahua i buldoga Borysa.

— Dobraliśmy je tak, by dobrze ze sobą żyły. W końcu to pełnoprawni członkowie rodziny — podkreśla Małgorzata Rozenek.

Ich psy nie muszą zasługiwać na miłość i latać za piłką. Mogą godzinami gapić się na motyle w ogródku. Właściciele odżegnują się od nazywania siebie hodowcami. Ale wciąż czytają i dyskutują o psach. Małgorzata Rozenek przyznaje, że ma słabość do psich gadżetów — łóżeczek, miseczek. Kupuje je na potęgę. Jej mąż wykorzystuje zdolności aktorskie do — ponoć przezabawnego — „mówienia Borysem”. W ich domu psiaki często zabierają więc głos. A tymczasem Małgorzata Rozenek marzy o… świni.

Patrząc Fordem

Kiedy bawarski posokowiec Ewy Bem, imieniem Foks, przymilnie zawyje, zaraz doczeka się fachowej recenzji.

— Mój ty zagraniczny piosenkarzu! — mawia do niego właścicielka.

A z Betty, wziętym ze schroniska mieszańcem, poplotkuje, pochwali, jak to dziś ślicznie wygląda... Młodsza córka artystki patrzy wtedy na mamę z przymrużeniem oka. Starsza — z chęcią ogląda zdjęcia psów piosenkarki w prześmiesznych pozach. Zabawa się kończy, gdy trzeba wyjechać.

— Foks czuje to i kiedy odjeżdżam, patrzy na mnie takim Harrisonem Fordem. Za to jak wracam, odstawia długi taniec radości — opowiada Ewa Bem.

Próbowała nawet go podszkolić, ale postępy były marne. Treser poddał się po dwóch latach.

— Foks to silna osobowość. Potrafi egzekwować szacunek dla swoich, nieraz ekscentrycznych, zachowań — dodaje.

Pies pozostaje dla niej doskonałym lekiem na chandrę, przyjacielem na niepogodę.

Opal w zaprzęgu

Wyzwaniem może być zwierzę, które na właściciela nie zwraca wiele uwagi. Za to samo potrzebuje atencji. Wie o tym Olga Doan, prezes zarządu Allianz Direct New Europe. Od lat ma sanki. Bynajmniej nie do spacerów z dziećmi. Zimą spotyka się ją na łąkach i polach w okolicy Konstancina, gdzie sunie za zaprzęgniętym w sanie Opalem.

— To husky, trochę dziki. Cóż, te psy naturalnie krzyżują się z wilkami — tłumaczy Olga Doan.

Po kilku kilometrach nie wiadomo, kto bardziej zmęczony jazdą, lecz satysfakcja udziela się obu stronom zaprzęgu.

— Niektóre komendy pies rozumie, ale hamulec w saniach się przydaje — przyznaje prezes Allianz Direct New Europe.

Opal marzy o bieganiu, nieraz podkopywał płot i uciekał. Kiedy zostaje w domu, toczy walki o przywództwo w stadzie z Aresem, psem bojowym. W cieniu tego zamieszania przemyka czarny, niewielki Zorro.

— Niektórzy znajomi, co niekoniecznie kochają psy, odwiedzają nas jakby rzadziej — śmieje się Olga Doan.

Jak większość zaangażowanych właścicieli psów, czyta o nich dużo i chętnie. Wiedza pomaga zrozumieć zagrywki zwierząt. Marzy się jej cały zaprzęg, ale rodzina podchodzi do tej zachcianki sceptycznie. Na razie widzi, że jej psy są do niej nieco podobne — trochę samowolne, odważne, niezbyt posłuszne... Akceptuje to. Bo przyjaźni nie da się zbudować na rygorze.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Karol Jedliński

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu